Urodzilam sie i wychowalam w katolickiej rodzinie. Bardzo tradycyjnej rodzinie, gdzie codziennie spiewalo sie godzinki, odmawialo rozaniec, w niedziele chodzilo sie do kosciola wczesnym rankiem, poscilo sie w piatki i robilo wiele innych rzeczy, ktorych sens nie do konca umiano mi wyjasnic. Boza laska sprawila, ze codzienne popoludniowe bieganie do kosciola z Babcia za raczke (w czasie gdy inne dzieci bawily sie w najlepsze) czy wyspiewywanie odpowiedzi w godzinkach o szostej rano nie zrobily ze mnie zdeklarowanej ateistki. Przeciwnie, chcialam dowiedziec sie co za tym wszystkim sie kryje, sluchalam uwaznie czytan a podczas ktorejs choroby (w dziecinstwie jeszcze!) siegnelam po Pismo Swiete.
Troche z przekory to prawda, bo na drzwiach kosciola zobaczylam obwieszczenie o Swiadkach Jehowy nieomal zakazujace rozmow z nimi, bo "katolicy nie maja tak dobrej znajomosci Biblii, wiec nie beda wiedzieli gdzie Swiadkowie nia manipuluja". Ambicja podsunela mi obraz mnie rozmawiajacej wlasnie z tymi ludzmi i "zaginajacej" ich w imie Jedynej Prawdziwej Religii. Ale 10-letnie dziecko zostawione sam na sam z Biblia, usilujace czytac ja po kolei niewiele moze zdzialac. Pomocy ze strony rodziny sie nie doczekalam, zrezygnowalam gdzies w okolicy Drugiej Ksiegi Mojzeszowej. Potem Babcia zabrala Biblie bo "nie wszystko tam bylo dla dzieci".
Coz... w wieku lat 12 zmienilam szkole i miejsce zamieszkania; mialam kolege Swiadka Jehowy, odzyly mysli o dawnym wspolzawodnictwie ale znow na krotko. Jednak Bog nadal na rozne sposoby wzbudzal moj wewnetrzny niepokoj. Sama nie wiem dlaczego, ale wybralam sobie dosc nietypowa szkole srednia - liceum prowadzone przez zakonnice. Tu nie zmuszano nasz do niczego ale "wypadalo" uczestniczyc w rozancach czy nabozenstwach majowych.
Szkole zawdzieczam jedno - nocne czuwania z udzialem dosc madrych ksiezy, gdzie znow zbudzil sie moj niepokoj, moj glod Boga. Obchodzilismy bardzo nastrojowo i podniosle okres Bozego Narodzenia i Wielkiej Nocy. Byly kilkudniowe rekolekcje, wycieczki do sanktuariow, religia w szkole(wtedy cos niezwyklego), teatr szkolny, grajacy pobozne sztuki. Co roku obchodzilismy tez inne swieta - na przyklad Andrzejki, z laniem wosku, roznego typu przepowiedniami co do przyszlosci i... wrozeniem z reki wykonywanym osobiscie przez siostre Dyrektor - robila to zreszta calkiem niezle i udatnie. Nikt nawet nie zajaknal sie na temat tego co Pismo Swiete mowi o takich praktykach. Nikt tez nie powiedzial mi kim tak naprawde powinien byc w moim zyciu Jezus Chrystus. Ani w szkole ani na oazie (dziwne?) ani w innych miejscach zwiazanych z religia.
Bylam bardzo zaangazowana w roznego typu ruchy mlodziezowe zwiazane z Kosciolem, myslalam ze w ten sposob "odpracuje" moje grzechy, biegalam do spowiedzi, szczegolnie do moich "ulubionych" ksiezy, ktorzy psychologicznie potrafili wytlumaczyc wszystko, wybielac mnie w moich wlasnych oczach. Tym razem chodzilam do kosciola z wlasnej woli, biegalam na spotkania, przygotowywalam teksty na rozaniec czy Droge Krzyzowa... myslalam ze to wystarczy, ze jeszcze kilka dobrych uczynkow... ale wszystko robilam ze strachem, z niepewnoscia i w ogole z nieswiadomoscia po co to robie.
Potem przyszlo "olsnienie" - przeciez Bog jest Miloscia a ja jestem w miare porzadna, wiec raczej nie powinnam pojsc do piekla... zaczelam sobie coraz bardziej folgowac.
Sielanka skonczyla sie jak nozem ucial, gdy poszlam na studia i zderzylam sie z rzeczywistoscia "normalnych" ludzi, ktora bardzo szybko mnie wciagnela. Skoro mozna sie wyspowiadac i juz... nie mialam w sobie tyle sily, by przeciwstawic sie swiatu. Rezultaty przyszly szybko... kilka nastepnych lat bylo ciagla walka o chociaz resztki godnosci i czlowieczenstwa, walka o normalne dziecinstwo moich dzieci. Uwazalam ze nie mam czasu na takie rzeczy jak religia, ze moje sumienie jest zbyt czarne, by pojsc do spowiedzi, ze przeciez nie moge obiecac pewnych rzeczy.
Oszukiwalam siebie sama i wszystkich wokol a jednak w srodku wciaz tlilo sie to co Duch zapalil przed laty. Chcialam uciec w cokolwiek innego i jakos tak "napatoczyla" sie astrologia. Zawsze interesowalam sie roznymi takimi rzeczami a nikt mi przeciez nie mowil ze to jest zle czy niebezpieczne. Weszlam w srodowisko ludzi zajmujacych sie okultyzmem, roznymi formami wrozenia, przepowiadania, zjawiskami nadnaturalnymi. Takie rzeczy jak karty tarota, horoskop czy energia krysztalow nie mialy dla mnie tajemnic. Nie mogly zreszta miec skoro robilam o tym strony WWW w moim wlasnym serwisie ezoterycznym... Ale niepokoj pozostal.
I kiedy nie znalazlam w kartach ani w gwiazdach wytlumaczenia smierci mojej malenkiej coreczki, wsrod rozpaczy przypomnialam sobie slowa z ksiegi Joba "Pan dal, Pan wzial, niech bedzie imie Panskie blogoslawione". To chyba uratowalo mnie od szalenstwa, dalo wzgledny spokoj. Znalazlam w sobie sile by naprawde uporzadkowac zycie, a raczej dano mi ja chociaz jeszcze do niedawna nie bylam zupelnie tego swiadoma.
Wszystko po kolei zaczelo sie ukladac - zmiana miejsca zamieszkania, nowa szansa dla dzieci i dla mnie w postaci najpierw mezczyzny (obecnie mojego meza) a potem coraz wiekszego niepokoju, ktory doprowadzil nas do zboru Chrzescijan Baptystow a w konsekwencji do Niego - do Jezusa. I nagle okazalo sie, ze to czego szukalam cale zycie bylo takie proste i tak blisko. Ze nie musze juz miotac sie w niepewnosci, bo Ktos wzial wszystkie moje grzechy i nieprawosci serca na swoja glowe. Bo ktos umarl dlatego, zebym ja mogla zyc.
Zaufalam Jezusowi a On obdarzyl mnie spokojem, oczyscil moja dusze a teraz dziala we mnie pomagajac walczyc z moja zbuntowana natura. Mam nowe zycie, odnowiona rodzine i potrafie juz modlic sie za tych, ktorzy mnie wczesniej skrzywdzili. Bog pokazal mi co w moim zyciu bylo naprawde zle i staram sie to zmieniac. Nie potrzebuje juz wrozb, przepowiedni ani amuletow na szczescie. Wiem tez ze zadne obrzedy nie sa w stanie zastapic oddania sie Jezusowi i wiem, ze to oddanie przemienia czlowieka. Ta decyzja dala mi wolnosc - te prawdziwa wolnosc Dziecka Bozego, ktora przy pomocy mojego Pana postaram sie wykorzystac jak najlepiej.
Od czasu mojego nawrocenia Jezus, poprzez swojego Ducha dziala we mnie, w nas (mojej rodzinie) codziennie. Bylam swiadkiem cudu jakim jest nawrocenie kogos bliskiego. Moj maz, Grzegorz zaufal Jezusowi kilka miesiecy pozniej niz ja, mimo, ze na poczatku sceptycznie a czasem wrecz wrogo odnosil sie do mojej nowej postawy. Bog tak to "zalatwil", ze nie musialam miec watpliwosci czy wiazac sie z osoba niewierzaca - poslubialam kogos, kto byl juz wtedy Jego.
Pod koniec listopada 1999 przyjelam chrzest wodny, wlaczajac sie w chrzescijanska spolecznosc i swiadczac publicznie o moim Panu. A jeszcze wczesniej Pan w cudowny sposob odpowiadal na modlitwy w sprawach przyziemnych, materialnych, dajac nam (mnie i mezowi) prace po dlugim czasie oczekiwania. Ta historia jest zreszta bardzo ciekawa, dotyczy bowiem nie tylko nas ale rowniez siostry z naszej grupy domowej. Wszyscy mielismy za soba bardzo dlugi okres szukania pracy (bezskutecznie, mimo w sumie dobrych kwalifikacji). Grupa zaczela sie modlic w tej intencji.
Do dzisiaj nie wiem jak to sie stalo ale w ciagu niecalego miesiaca wszyscy prace znalezlismy. I to prace bedaca nie tylko zrodlem utrzymania ale i dajaca wiele satysfakcji. Takich dzialan Pana w moim zyciu jest bardzo wiele, widze jak zmienia sie moj stosunek do ludzi, do wlasnych dzieci, jak swiadomosc przebaczenia odmienila juz moje zycie. Wiem, ze wiekszosci tych wszystkich rzeczy nie odkrylabym sama, ze nie potrafilabym sama przebaczac, panowac nad soba (szczegolnie nad jezykiem), ze poza moim zasiegiem bylaby na przyklad walka z lenistwem.
Obecnie staram sie przekazac te radosna nowine moim przyjaciolom. Pan porusza mnie szczegolnie do wykorzystywania w tym celu nowoczesnych srodkow przekazu, takich jak na przyklad internet. Robie to miedzy innymi przez moj wlasny serwis www (niegdys astrologiczny) oraz poprzez serwis poswiecony religiom, ktory opracowuje na zlecenie jednej z firm internetowej. Prosze wszystkich o modlitwe, bym potrafila jak najlepiej rozpoznac Boze prowadzenie i bym byla jemu posluszna.
