Wlasciwie to nie wiem od czego zaczac. Kiedys myslalam, ze kazdy moze miec swojego Boga, bo w koncu jestesmy tak rozni, ze jeden Bog dla wszystkich nie wystarczylby. Urabialam wiec, kreowalam, dopasowywalam i szukalam Go w bardzo rozny sposob i w bardzo roznych miejscach.
Jakkolwiek by jednak nie bylo, cos mi zawsze nie pasowalo, czulam, ze to jeszcze nie to i mialam nadzieje, ze w koncu natrafie na Prawde, na cos - kogos, co - kto bedzie realny, konkretny, wystarczajacy, rozwiaze moje problemy, da mi poczucie bezpieczenstwa i zaakceptuje mnie taka jaka jestem. Sadze, ze kazdy czlowiek tego szuka, nawet jesli sie do tego nie przyznaje.
Odkad pamietam bylam zawsze jakas "inna". Nie chodzi mi tu o to, zeby sie czymkolwiek pysznic, ale nigdy nie moglam sie dogadac do konca z moimi znajomymi czy z rodzina, aczkolwiek wlasnie tego najbardziej pragnelam - zeby mnie ktos w koncu zrozumial. Pomijam tu fakt, ze ja sama siebie nie rozumialam. Czulam sie taka na uboczu, "autsajder wyklety" . I to prowadzilo mnie do napradwe dziwnych rzeczy.
Teraz sobie mysle, ze Pan Bog musial nade mna czuwac, ze nie zginelam w tym wszyskim. Oczywiscie milam w swoim zyciu tzw. "koscielny okres", kiedy to sie ogromnie udzielalam, chodzialm na jakies spotkania, pielgrzymki, "przezywalam mistyczne uniesienia" i takie tam rozne rzeczy. Usilowalam zapelnic w sobie pustke i brak milosci. Szukalam wspolnoty i szybko doszlam do wniosku, ze ludzi najbardziej integruje alkohol, papierosy i inne ciekawe sprawy, no bo wtedy tak "jestesmy razem".
Mozecie sobie wyobrazic do czego to prowadzilo - zakrapiane imprezy, szalone koncerty, "odlotowe" stany, kilka prob samobojstwa... i ciagle to cholerne poczucie niedosytu.
A na dodatek moj "cudowny dom", ktorego szczerze nienawidzilam, bo nie byl taki jaki potrzebowalam i w koncu - poniewaz bylam osoba bardzo wrazliwa, moze nawet zbyt wrazliwa - wyrzuty sumienia, poczucie winy przeplatane z zalem do swiata. Dzisiaj sie zastanawiam jak czlowiek moze w ogole istniec z taka doza nienawisci, cierpienia i bezsensu, to jest przeciez zabojcze. Ostatecznie co jakis czas dochodzilam do wniosku, ze "to nie to" i szukalam dalej.
Przeczytalam ksiazke Anthonego de Mello "Przebudzenie" i to przynioslo rewolucje do mojego zycia. Szybko stwierdzilam, ze polaczenie chrzescijanstwa (sam kosciol przestal mi wystarczac) z filozofia Wschodu to to czego szukalam - taki dosyc sympatyczny New Age.
I tak zaczela sie kilkuletnia historia z mysla Wschodu, buddyzmem, medytacjami, talizmanami, "docieraniem do siebie", wiecie hippisi lubia takie rzeczy, bo jest to takie duchowe i tak czasami kreci. Zaczelam kochac Indie i wyobrazalam sobie jak tam kiedys pojade, zeby osiagnac nirwane (tak nawiasem ta milosc do Indii mi nie przeszla i pewnie kiedys tam pojade tylko w innym celu). Szczegolnego natezenia to nabralo, kiedy poszlam na studia, bo Krakow daje zdecydowanie wieksze mozliwosci i cudem chyba nie wpadlam w jakas sekte.
Moje "duchowe" zycie nabieralo tempa, zaczelam spotykac sie z ludzmi o podobnych zainteresowaniach, znalazlam sobe faceta z tych klimatow i bawilismy sie razem okultyzmem, joga, cwiczeniami duchowymi; czasem podczas medytacji wchodzilam w dziwne stany, ktorymi bylam przestraszona, ale tlumaczylam to ytm, ze musze pokonac strach, zeby wspiac sie na "wyzyny", sama nie wiem czego.
Wszystko byloby w porzadku - przeciez znalazlam ludzi z ktorymi sie rozumialam, a przynajmniej tak mi sie wydawalo- ale moje realne zycie dalej nie bylo takie jak chcialam, bylam raniona, cierpialam, mialam tysiac roznych kompleksow, moje relacje z ludzmi nie wygladalo rozowo, na studiach nie szlo mi najlepiej a wszystkie watpliwosci staralam sie stlumic.
Bylam po prostu zmeczona szukaniem, wiec wolalam udawac, ze wszystko jest O.K. Tak tez jawilam sie moim znajomym, uwazali mnie za taka "gleboka", a nikt nie wiedzial jak w srodku czasem boli. Najlepsze jest to, ze dalej uwazalam sie za chrzescijanke, jakos nigdy nie moglam zapomniec o Jezusie i obok tych wszystkich moich dziwnych teorii On sie gdzies tam pojawial. Jakis rok temu trafilam na rekolekcje ,calkiem przypadkiem i to bylo takim pierwszym krokiem, bo znowu zaczelam o Nim myslec. Mialam dosc i pomyslalam sobie, ze ja nie jestem chrzescijanka, pzreciez ja o Nim nic nie wiem.
Pamietam, ze pomodlilam sie do niego krotko "jesli jestes Prawda, jesli sie mna interesujesz to ja chce Cie poznac, ale tak jak nigdy dotad". Mialam gdzies w srodku przeczucie, ze to moja ostatnia deska ratunku. To co wydarzylo sie w ciagu nastepnych tygodni przeszlo wszelkie moje oczekiwania. LUDZIE! SLUCHAJCIE, GDZIEKOLWIEK JESTESCIE BOG WAS ZAWSZE USLYSZY!
W ostatni dzien przed swietami wielkanocnymi moja kolezanka za studiow, Marzena powiedzial mi, ze wpadnie do mnie do akademika, bo jej znajoma mieszka kilka pokoi ode mnie. Przyszla do mnie wieczor i zaprosila mnie do Basi, ktora mieszkala na tym samym pietrze co ja. Bylo tam kilka osob i najpierw sobie pogadalysmy sympatycznie, a potem zostalam uswiadomiona, ze jestem na spotkaniu chrzescijanskim i Basia zapytala mnie czy chce sie z nimi pomodlic, czy chce oddac swe zycie Jezusowi. Strasznie sie ucieszylam i oczywiscie sie zgodzilam. Po modlitwie Marzena o malo nie skakala z radosci, na co ja sie znowu zdziwilam, no bo to w koncu "tylko modlitwa".
Gdy spotkalysmy sie po swietach poszlam z nia na grupke do innych znajomych i przezylam szok. Pomijajac fakt, ze nigdy nie slyszlam modlitwy jezykami, ja nigdy nie slyszalam zeby ktos tak wielbil Boga! W tym bylo zycie! Jak jeden brat zaczal sie o mnie modlic to sie rozplakalam, nikt nigdy sie o mnie nie modlil i to jeszcze tak! Potem poszlam na nabozenstwo i stwierdzilam, ze musze sie skumplowac z Duchem Swietym.
No i zaczal sie odjazd jakiego jeszcze w zyciu nie mialam. Czytalam Biblie jakbym ja miala pierwszy raz w zyciu , a ktos zdjal mi klapki z oczu, chcialam sie modlic 24 godziny na dobe, chodzilam po ulicy i spiewalam Bogu, doswiadczylam takiej milosci Boga, ze potrafilam przeryczec przed Nim godzine z radosci,ze ktos mnie tak kocha. Czulam sie jakby mi ktos dodal skrzydel, jakby ktos wypelnil mnie w srodku czyms cennym - zabral cale prochno, caly bol i pustke, a wlal "zrodla wody zywej".
Moje zycie zmienilo sie o 180 stopni. ZACZELAM ZYC. To bylo dal mnie tak niesamowite i tak cudowne, ze czasami sie zastanawialam czy ja nie snie i czy to moze sie kiedys nie skonczy. Ponadto zostalam ochrzczona Duchem Swietym, zaczelam mowic jezykami (choc przez dwa tygodnie sie zastanawialam czy czegos sobie nie wmawiam), wszystko nabralo innego wymiaru.
Widzialam i doswiadczalam jak Bog w cudowny sposob odpowiada na moje modlitwy, jak mnie ochrania i prowadzi. Jego milosc i Jego troska o mnie czasami mnie obezwladnia. Jego pokoj i Jego radosc nie da sie z niczym innym porownac. Moje realne zycie zaczelo sie zmieniac - studia, relacje z ludzmi, a najwspanialsze dla mnie jest to, ze mogalam wielu osobom wybaczyc, zwlaszca mojej rodzinie. Bog zabral ode mnie nienawisc i zal i dzieki temu moge szczerze blogoslawic mojej mamie i tacie, szanowac ich. Nie jest to latwe, bo oni sie nie zmienili zbytnio, ale nasze relacje sa o wiele lepsze.
"Bo spowoduje, ze zabliznia sie Twoje rany i ulecze cie z Twoich ciosow, chociaz nazwali cie odrzucona, o ktora nikt sie nie troszczy" Jer30,17 - to slowo wypelnia sie w moim zyciu.
Sama nigdy nie moglabym tego zmienic. Nie mowie, ze wszystko jest idealnie i nie ma innych problemow, ale wiem, ze nie jestem sama i ze On jest zainteresowany tym wzsystkim co sie ze mna dzieje i nigdy mnie nie zostawi. On pokazuje mi, ze jestem kims wartosciwym, ze moge byc uzyteczna i zawsze moge isc do przodu. Kazdego dnia poznaje Go bardziej i wciaz na nowo jestem zaskakiwana. Mam cudowny Kosciol, cudowne siostry i braci, moge ludziom mowic o Bogu i widze jak ich to zmienia.
Jezus jest przy mnie zawsze i juz nic mnie od Niego nie oderwie. Ta swiadomosc jest niesamowwita. Wiecie - Jezus to odpowiedz na wszystko, Jezus to wszystko i jesli sie jest blisko Niego to posiada sie wszystko. Jego milosc zabrala moj strach i zabiera zawsze jesli diabel probuje mi cos wmowic. Jezus dal mi cos czego cale zycie szukalam - WOLNOSC! On jest prawda, a prawda wyzwala.
Zadne zycie nie jest zyciem bez Jezusa, zadna milosc nie jest miloscia, jesli nie wiesz jak Bog kocha ciebie. On podnosi, On daje kolejne szanse, On nigdy nie pozwoli mi na zmarnowanie zycia. "Wszystko moge w tym, ktory mnie umacnia". Nie ma nic bardziej fascynujacego jak zycie z Jezusem. Od momentu kiedy sie nawrocilam nigdy nnawet przez seddkunde nie zalowalam, ze zdecydowalam sie dac mu moje zycie i mam pewnosc, ze nigdy nie bede tego zalowac. Chce dojsc do chwili kiedy bede mogla powiedziec - "to nie ja juz zyje, ale On".
Niech was Bog blogoslawi. Pamietajcie - Jezus nigdy was nie zawiedzie.
