|
|
"ŚMIERĆ NADEJDZIE JUTRO"
DIE ANOTHER DAY (2002)
REŻYSERIA Lee Tamahori
SCENARIUSZ Neal Purvis Robert Wade
ZDJĘCIA David Tattersall
MUZYKA David Arnold
SCENOGRAFIA Peter Lamont
PRODUKCJA Michael G. Wilson Barbara Broccoli
OBSADA James Bond - Pierce Brosnan
M - Judi Dench
Q - John Cleese
Jinx - Halle Berry
Moneypenny - Samantha Bond
Zao - Rick Yune
Bill Tanner - Michael Kitchen
pułkownik Moon - Will Yun Lee
Falco - Michael Madsen
Gustav Graves - Toby Stephens
Charles Robinson - Colin Salmon
Miranda Frost - Rosamund Pike
i inni
Wielka Brytania,USA - 2002
Czas projekcji - 120 min.
Bond nie umiera nigdy
Seria filmów o agencie 007 ma już 40 lat, jednak jej bohater wcale się nie zestarzał.
W tym roku James Bond świętuje potrójny jubileusz. Równo 50 lat temu wymyślił go Ian Fleming, autor serii książek o przygodach globalnego agenta. 40 lat temu powstał "Doktor No", pierwszy z serii filmów o Bondzie. A film "Śmierć nadejdzie jutro", który niebawem pojawi się na światowych ekranach jest 20. odcinkiem z Bondowskiego cyklu. Producenci zrobili wszystko, by jubileusz wypadł okazale. Finałowa scena filmu, w której agent 007 ściga wroga porządku światowego po komnatach zamku wykutego w lodzie, jest jedną z najbardziej efektownych sekwencji, jakie zna historia kina. Wróg, jak zwykle, został wytypowany ze znakomitym wyczuciem chwili: jest nim porucznik Zao, komunistyczny fanatyk z Korei Północnej. A ten właśnie kraj George Bush Jr. Zaliczył niedawno - obok Iraku i Iranu - do tzw. Osi zła.
Jubileusz skłonił scenarzystów do tego, by umieścić Bonda w zupełnie nowej dlań sytuacji. Nie jest już agentem, którego przełożeni darzą całkowitym zaufaniem. Wręcz przeciwnie - zostaje posądzony o załamanie się podczas śledztwa w koreańskim więzieniu i zdradę współtowarzyszy. Tak upokorzony agent 007, zamiast walczyć z pogrobowcami komunizmu z pomocą swoich przełożonych, musi przez pół filmu udowadniać własną niewinność. To odprysk sytuacji z 11 września 2001r., kiedy to wytrawni agenci FBI okazali się w rzeczywistości pospolitymi leniami, a ich zaniedbania kosztowały życie tysiące ludzi.
Ten Bond mija się jednak z wizerunkiem, do jakiego przywykliśmy przez 50 lat. Postać agenta 007, w którego lojalność nikt nie miał powodu wątpić, wymyślił podczas urlopu na Jamajce komandor Ian Fleming (1908-1964). Na swojego bohatera przelał zamiłowanie do luksusu, wyniesione z elitarnego Eton, i tęsknotę do akcji szpiegowskich, odziedziczoną po krótkiej wojennej karierze w brytyjskim wywiedzie morskim. Imię i nazwisko, jakie nadał agentowi, przejął od amerykańskiego ornitologa. James Bond - zbitka była na tyle krótka i dźwięczna, że dawała się łatwo wymówić w każdym języku. Bo Fleming od początku stawiał na agenta globalnego. Jego Bond z ramienia brytyjskiej Secret Service (MI-6) przemierzał glob, walcząc z radziecką organizacją SMIERSZ (od "smiert szpionam" - śmierć szpiegom), której zadaniem było likwidowanie wrogów ZSRR na Zachodzie. To był strzał w dziesiątkę. 14 powieści o agencie 007 (dwa zera przed numerem porządkowanym oznaczają, że otrzymał od MI-6 licencję na zabijanie wrogów Wielkiej Brytanii) jeszcze za życia autora rozeszło się w 40 milionach egzemplarzy. Do dziś ta liczba wzrosła trzykrotnie.
Przejęcie tak popularnego bohatera przez kino było tylko kwestią czasu. Jerry Saltzman, nowojorski producent wodewilów, w 1960 roku za 50 tys. Dolarów kupił prawo dystrybucji siedmiu książek o Bondzie i zobowiązał się wypłacić 100 tys. Dolarów za prawo do ekranizacji każdej z nich. Kiedy dołączył do niego Albert "Cubby" Broccoli, nowa spółka producencka nabyła też prawa do postaci agenta 007. To było najważniejsze posunięcie. Dzięki niemu Bond, który w powieściach był tylko maszyną do zabijania, egoistą i zwolennikiem brutalnego seksu, w filmie mógł nabrać manier dżentelmena. I podobać się paniom, a nie - jak dotąd - tylko męskiej części publiczności.
Na casting do pierwszego Bonda - "Doktor No" zgłosiło się 1100 kandydatów. Wybrany został 32-letni Sean Connery - nie był przystojny, ale za to dobrze zbudowany i poruszał się z gracją. Gdy jednak jego zdjęcie przysłano szefom wytwórni United Artists, ci odtelegrafowali: "Czy nie ma nikogo lepszego?". Ale prasa bulwarowa okrzyknęła go chodzącym afrodyzjakiem, dzięki czemu zagrał agenta w aż pięciu kolejnych odcinkach. Z szóstego zrezygnował, bo występowanie w "pancernym smokingu" przestało zaspokajać jego aktorskie ambicje. Publiczność była wstrząśnięta, choć Broccoli uspokajał, że z łatwością znajdzie następcę.
Okazał się nim Roger Moore, aktor o powierzchowności angielskiego lorda, gwiazda serialu "Święty". Moore miał nowy pomysł na agenta: jego Bond traktował misję szpiegowską z przymrużeniem oka, do przełożonych odnosił się z dobrotliwą ironią i wyraźnie dawał do zrozumienia, że od strzelaniny woli pobyt w kasynie bądź w łóżku z piękną kobietą. Ale ten uroczy lowelas starzał się. Po siódmym odcinku, w "Zabójczym widoku" (1985), dobiegał sześćdziesiątki i jego wieku nie sposób już było ukryć. Ustąpił więc miejsca młodszemu o 20 lat Timothy'emu Daltonowi, który, jak na aktora szpiegowskiego przystało, w "W obliczu śmierci" zagrał Bonda refleksyjnego. Nie chwyciło - publiczność czekała na agenta, który działa. Po drugiej próbie, w "Licencji na zabijanie" (1989), Dalton zmuszony był odejść. Poszukiwanie następcy zajęły aż sześć lat. W końcu zdecydowali się na Pierce'a Brosnana, zabójczo przystojnego aktora, który sprawdził się w telewizyjnym tasiemcu "Remington Steel". Jako Bond też - "Śmierć nadejdzie jutro" to czwarty film z jego udziałem, a kontrakt aktora opiewa na dwie dalsze części.
Ale nawet najlepsi aktorzy to za mało. Potrzebne jest jeszcze ekranowe widowisko, które swoim rozmachem przyćmi wszystko, co publiczność widziała do tej pory. Tak więc na użytek filmu "Szpieg, który mnie kochał" (1977) wzniesiono największą na świecie halę zdjęciową o powierzchni 5 kilometrów kwadratowych. Zbudowano w niej imitację gigantycznego okrętu służącego do transportu aż trzech okrętów podwodnych. Wcześniej na potrzeby odcinka "Żyje się tylko dwa razy" (1967) w londyńskim studiu postawiono 40-metrową rakietę, która wzlatywała na trzydzieści metrów, by przed kamerą symulować start w przestworza. Gdy władze USA nie zgodziły się wypuścić ekipy filmującej "Goldfinger" do amerykańskiego skarbca w Fort Knox, gdzie miała się rozgrywać akcja, wybudowano jego dokładną imitację. To wszystko musiało kosztować. Na pierwszy odcinek Bonda, "Doktor No", wyłożono milion dolarów, ale już "Goldeneye" (1995) kosztował 50 milionów. A produkcja filmu "Śmierć nadejdzie jutro" pochłonęła blisko sto milionów. Ale nie były to pieniądze wyrzucone w błoto - jako seria Bond okazał się najbardziej dochodowy w całej historii kina, choć rekord pojedynczego odcinka padł dawno. Należy do "Operacji Piorun" (1965), która przyniosła ok. 120 milionów dolarów zysku.
Producenci każdej kolejnej części mają ambicję przekonać publiczność, że agent 007 w ich imieniu rozprawia się z aktualnie najgroźniejszym wrogiem ludzkości. Na początku lat 60., w czasie apogeum "zimnej wojny", gdy startowała seria, Bond walczył głównie z KGB. W miarę normalizacji stosunków Wschód - Zachód Rosja nie pokazywani byli w korzystniejszym świetle. W "Tylko dla twoich oczu" (1981) czy w "Goldeneye" (1995) już nie całe KGB stoi po stronie "sił zła", lecz jeden czy drugi generał dążący do przeprowadzenia w Moskwie zamachu stanu. W "Zabójczym widoku" (1985) dochodzi nawet do tego, że 007 zostaje odznaczony Orderem Lenina.
Zresztą przewidujący scenarzyści szukali nowego wroga już od połowy lat 60. W dobie ocieplenia stosunków międzynarodowych było to trudne. Wymyślono więc międzynarodową organizację terrorystyczną o nazwie Spectre, zrzeszającą byłych dygnitarzy SS, bossów włoskiej mafii i terrorystów z grupy Baader-Meinhof. Jej celem było wywołanie globalnego chaosu i przejęcie władzy nad światem. Ciekawszych wrogów przyniosły dopiero lata 90. Czarnym charakterem w filmie "Jutro nie umiera nigdy" jest Eliot Carver, potentat medialny, który zamierza wywołać światowy konflikt zbrojny, by zarabiać na relacjach z frontów. Nie obchodzi go, kto wygra, byle on miał wyłączność na transmisje telewizyjne. Z kolei w filmie "Świat to za mało" wrogiem jest terrorysta usiłujący przejąć władzę nad Europą przez pozbawienie jej dopływu ropy naftowej z Kazachstanu.
Ale twórcy Bonda wciąż śledzą dzienniki telewizyjne i próbują wytypować najbardziej aktualnego wroga światowej społeczności do kolejnego odcinka przygód 007. Można się założyć, że będzie nim "państwowy terrorysta", przypominający choćby z jednego profilu Saddama Husajna.
Wiesław Kot "Newsweek Polska" nr 46/2002 17-11-2002
Dziękuję Filipowi Czwojdzińskiemu za pomoc przy współtworzeniu podstronki.
    
|