Jeśli masz mózg wielkości tic-taca i lubisz głupio chichotać, pooglądaj sobie, bo mógłbyś robić coś gorszego.

     AND NOW...
     FILMOTEKA
Może to już jutro? Może to już my?
Wejdź na Modrzew Skocz na Film

"BRAZIL"
BRAZIL   (1984)

REŻYSERIA
Terry Gilliam

SCENARIUSZ
Terry Gilliam
Tom Stoppard
Charles McKeown

ZDJĘCIA
Roger Pratt

OBSADA
Sam Lowry - Jonathan Pryce
Harry Tuttle - Robert de Niro
Jack Lint - Michael Palin
Jill Layton - Kim Greist
Ida Lowry - Katherine Helmond
Kurtzmann - Ian Holm
Warren - Ian Richardson
i inni

PRODUKCJA
Brazil Production Company Ltd.

Wielka Brytania - 1984

Czas projekcji - 142 min.



ostatni śmiech bez zezwolenia

    Świat, w którym żyje Sam Lowry nie jest naszym światem. Ale różni go od naszego nie tak znów wiele. Na dobrą sprawę można sobie wyobrazić, że gdyby sprawy przybrały najgorszy obrót (choć wykluczając możliwość wojny nuklearnej) jeszcze za naszego życia historia Sama Lowry mogłaby stać się również naszym doświadczeniem.
    Rzecz oczywiście nie rozgrywa się w Brazylii. Tytuł filmu pochodzi bowiem od znanej melodii, przewijającej się w tym obrazie, a poza tym jest całkiem i celowo przypadkowy. Więc nie w Brazylii, czyli wszędzie, tak jak akcja "Króla Ubu" Alfreda Jarry rozgrywała się "w Polsce, czyli nigdzie". Skojarzenie z "Królem Ubu" nie jest zresztą przypadkowe. "Brazil" kojarzy się z dramaturgią Majakowskiego (a szczególnie z jego "Łaźnią"), choć kształt estetyczny wzięty jest bez wątpienia z hollywoodzkich superprodukcji typu "Wojny gwiezdne", czy "Superman".
    Wszystko to razem powoduje, że przed naszymi oczami zjawia się fantastyczny, ale nie tak znów odległy, świat totalnej biurokracji, ubezwłasnowolnienia jednostki, superorganizacji, technokracji i twardej ręki. Jego centralą okazuje się gigantyczne Ministerstwo Informacji, które zbiera wszystkie, nawet najdrobniejsze dane o ludziach zamieszkujących Ziemię. W owym ministerstwie - koszmarze - szary urzędnik, Sam Lowry (Jonathan Pryce) niczym część wielkiego komputera zajmuje się wyłącznie szeregowaniem i porządkowaniem informacji.
    Jak pracowite tkaczki w przędzalni nijacy urzędnicy stoją rzędami, dziesiątkami, setkami, nakręcają motki informacji, wpisują do rejestrów, podkreślając, wpinając, numerując, dziurkując, segregując...
    A potem przeraźliwy dzwonek i odstępują bezszelestnie swe motki, odchodzą na chwilę trzymając pod pachą bułkę z masłem, w ręku filiżankę z kawą, by potem wrócić do swego mrówczego motania. Ministerstwo przypomina wielki ul., pracujący - jak zawsze - z oddaniem, nie zauważając, że już od dawna praca ta idzie na rzecz trutni, a nie królowej.
    Ale Sam Lowry nie widzi jeszcze ogromu tragedii i swego w owej tragedii udziału. Jest elementem sprawnego urządzenia, którego na razie nie próbuje oceniać, ani zrozumieć. Jeszcze się nie buntuje przeciwko zasadzie totalnej kontroli każdego człowieka, odbierania mu sfery intymnej, uczuciowej, myślowej. Totalny nadzór jest dla niego czymś oczywistym i zarazem abstrakcyjnym. Głęboko w sercu hoduje bowiem własny nieśmiały sen, złożony z naiwnych wyobrażeń o szczęściu. Oto pojawia się w nim kobieta nieziemskiej urody: piękna, dobra i kochająca - warto dla niej porzucić dotychczasowe życie. Tak, ta kobieta musi się pojawić, a wtedy Sam Lowry dostanie wielkich, anielskich skrzydeł i niczym Anioł, czy Superman, uniesie się w powietrze, by towarzyszyć swej bogince.
    Wszystko funkcjonuje sprawnie jak w zegarku: Sam mota informacje w ministerstwie, przegryza sandwicza w przerwie i śni o zgrabnej anielicy aż do chwili, gdy dziewczyna ze snu pojawia się na jawie, a w życie Sama wkracza dziwaczny anarchista - Mr. Tuttle (Robert de Niro w nietypowej dla niego komediowo-charakterystycznej roli).
    Pan Tuttle jest rewolucjonistą, walczącym z systemem totalnej kontroli i z państwem opartym na dyktaturze lepiej poinformowanych. Ministerstwo Informacji wszystko o nim wie. Długo nawijano na motki strumień danych o anarchiście, aż wreszcie drukarka komputera wystukała nań wyrok śmierci. Cóż jednak za pech! Cóż za pomyłka! Oto mała muszka wpadła między czcionkę drukarską i papier, rozlała się krwawą plamą na wyroku, zmieniając literę "T" na "B". Już pędzą specjalne oddziały totalnej policji, już dokonują desantu przez dach, już rozpruwają palnikami sufit i wraz z żyrandolem wpadają do świątecznie przystrojonego z okazji Bożego Narodzenia pokoju państwa Buttle. Biedny pan domu, włożony do plastikowego worka, znika na zawsze z życia swej małżonki.
    Byłby to koniec świątecznej historii, gdyby na ślad owej "muszej" pomyłki nie wpadł Sam Lowry. Teraz już wie, że jako sumienny urzędnik, może liczyć na awans. Rzeczywiście jego szef Kurtzmann (ciekawe, że reżyser filmu "Brazil", Terry Gilliam, przez trzy lata pracował jako rysownik w nowojorskich magazynach ilustrowanych "Help" i "Mad", wydawanych przez Harvey'a Kurtzmanna) wydaje mu polecenie zbadania następstw pomyłki i jej naprawienia. W ten sposób Sam Lowry wpada w sam środek zwariowanej machiny. Teraz dopiero doceni jej ogrom i teraz dopiero ujrzy ją jako horror.
    Sam Lowry odnajdzie nieszczęśliwą wdowę, proponując jej zadośćuczynienie, zobaczy też wymarzoną dziewczynkę o anielskich rysach oraz spotka samego Mr. Tuttle, który niczym "deus ex machina" pojawiać się będzie za każdym razem, gdy akcja zasupłała się na dobre: pomoże naprawić (nielegalnie oczywiście, gdyż zezwolenia na wszelkie naprawy posiadają wyłącznie państwowi "fachowcy") instalację w domu Lowry'ego, uratuje go przed mściwymi urzędnikami, wreszcie - w finale - niczym komandos terrorysta w ostatniej chwili uratuje Lowry'ego przed egzekucją. Wszystko to zaś uczyni nie tyle z przyjaźni do małego urzędniczyny, co z nienawiści do państwa.
    Realność i sen mieszają się w "Brazil" dokładnie, tak by do końca nie przerażać i nie wyzwalać widza z uczucia horroru. Choć jest to ten typ angielskiego horroru, gdzie widz przez cały czas się śmieje, dopiero po zakończeniu projekcji uzmysławiając sobie wymiar grozy, z którą obcował. Terry Gilliam, reżyser "Brazil", znany jest dobrze w angielskim świecie filmowym: od wielu lat należy on do ekipy realizującej najsłynniejsze bodaj filmy z gatunku pure-nonsensowej groteski, układające się w cykl o "Monty Pythonie" (niestety, cały cykl pozostaje nieznany widzowi polskiemu)
[artykuł powstał na długo przed wyemitowanej całej serii "Monty Python" - przyp. Ireneusz Siwek].
    Gilliam, 45-letni obecnie Amerykanin, jest z zawodu rysownikiem, specjalizującym się w filmowej animacji i jako jej mistrz zaangażowany został w 1969 roku do ekipy "Monty Pythona", ale już od 1974 r. począł sam reżyserować. Największym samodzielnym jego sukcesem był jak dotąd film "Jabberwocky" (1977), choć wygląda na to, iż światowy sukces komercyjny "Brazila", jak również niemal zgodnie uznanie międzynarodowej krytyki, postawią ten ostatni film na czele sukcesów Gilliama.
    Intelektualna groteska, zrealizowana w manierze sensacyjnego filmu science-fiction i angielskiej komedii purenonsensowej zarazem, opowiadająca o świecie pozbawionym wolności i indywidualności, wywołuje na sali gromki śmiech i odprężenie. Stawia jednak, nieomal mimochodem, poważne pytanie: jak długo jeszcze wolno się będzie śmiać z "Brazila" bez specjalnego zezwolenia?

TOMASZ RACZEK
Miesięcznik "KINO", nr 11/85 (listopad 1985)


inne artykuły



Gorące rytmy Brazyli?

    Kiedy pierwszy raz usłyszałem o filmie "Brazil", nie miałem bladego pojęcia o czym jest ten obraz. Nawet nie za bardzo kojarzyłem go z Terrym Gilliamem, a tym bardziej z Monty Pythonem. Tytuł sugerował jakieś romansidło, czy coś w tym rodzaju, i dlatego, jako ówczesny przeciwnik melodramatów, więcej sobie nim nie zawracałem głowy. Potem stwierdziłem, że reżyserem tego filmu nie jest kto inny tylko sam Terry Gilliam, jeden z Pythonów. Wówczas moja ciekawość wzrosła do tego stopnia, że za wszelką cenę (no może bez przesady) chciałem ten film obejrzeć. Niestety, w czasach, o których mówię, magnetowidy można było oglądać w programach popularno-naukowych typu "Sonda" (nieodżałowani Kamiński i Kurek), a kina w miastach, takich jak Legnica, oferowały ubogi repertuar, zdominowany przez kinematografię radziecką i amerykańską. Telewizja też nie odstawała od polskich kin, przez co długo mi było czekać aż mym oczom ukażą się początkowe napisy "Brazil".
    Upłynęło sporo latek zanim zapoznałem się z dziełem Terrego Gilliama. Tak, dziełem i to przez duże "D". Nie tak dawno kodowana stacja HBO nadała kilkakrotnie wspomniany film. Nie ukrywam, że wywarł na mnie ogromne wrażenie i, choć zawiera elementy pythonowskiego humoru, nie było mi do śmiechu. Owszem wiele scen wywoływało u mnie uśmiech na twarzy (np. przemyt prezentu, operacje plastyczne), ale ostateczne wrażenie ze śmiechem nie miało nic wspólnego. Czyż to co pojawiło się na ekranie w postaci ruchomych obrazków, które wcześniej powstały w umyśle twórców, nie jest zbyt blisko nas? Czyż ingerencje w nasz intymny, prywatny świat a w zasadzie ich próby (na szczęście) nie stają się faktem? Próba kontrolowania wszystkich i wszystkiego, nakazy jak żyć i zakazy z kim nie żyć - oto jest nas świat realny.
    Chociaż od powstania filmu upłynęło już siedemnaście lat, jego treść pasuje do czasów obecnych i należy mieć nadzieję, że totalitarne piekło "Brazila" nie będzie naszym udziałem, a słowo Brazil kojarzyć się będzie tylko z gorącymi rytmami, słońcem i złotymi plażami Rio de Janeiro.

IRENEUSZ SIWEK
Przemyślenia własne (maj 2001)

inne artykuły



Scenariusz w wersji oryginalnej  
spakowany ok. 88 kB



Oryginalna ścieżka dźwiękowa

Central Services
Sam Lowrys 1st Dream
Ducts
Waiting For Daddy
Truck Drive
The Resteurant
Mr Helpmann
The Elevator
Jill Brazil
The Party
Ducting Dream
Brazil
Days and Nights In Kyoto
The Morning After
The Battle
Harry Tuttle
Mother Funeral
Escape! No Escape!
Bachianos Brazil Samba



do góry

  © 2001 Ireneusz Siwek

Strona główna Napisz do mnie Księga gości