
LECĄ PYTHONY
|
Spróbuj być miły dla ludzi i nie obżeraj się, poczytaj czasem dobrą książkę, idź na spacer, żyj w pokoju i harmonii z ludźmi wszystkich wyznań i narodowości.
Takie zdanie pada w finale filmu "Sens życia według Monty Pythona" /1983/, będącego swoistym podsumowaniem wieloletniej wspólnej działalności najsłynniejszej chyba współczesnej trupy komików. Ale po wszystkim, co zaprezentowali członkowie Latającego Cyrku Monty Pythona przez lata swojej telewizyjnej I filmowej działalności, można chyba to credo traktować z przymrużeniem oka, jako jeszcze jedno prowokacyjne szyderstwo.
Bo też cala twórczość Pythonów zdaje się być jednym wielkim uzasadnieniem, że taki "żywot poczciwy"
jest we współczesnym świecie niemożliwy do spełnienia. Na ludzi czyha bowiem zbyt wiele pułapek, zbyt wiele rozmaitych instytucji pragnie za wszelką cenę podporządkować sobie każdą jednostkę, wywabić jak plamę każdą oznakę indywidualizmu. Stąd przecież tematem tak wielu skeczów i dowcipów Pythonów były właśnie instytucje zorganizowanego życia społecznego. Takie jak wojsko, szkoła, kościół, służba medyczna, policja, królowa. Szczególnie mocno, "cyrkowcy" spod znaku Monty Pythona atakowali telewizję, od której zresztą dostawali broń do ręki. Twierdzili, że najlepszą parodią telewizji jest sama telewizja... Byłyby więc Pythony pesymistycznymi nihilistami? "Sens życia" podsuwa i taki trop... Ciąg luźno powiązanych ze sobą skeczy układa się tu w wyrazistą całość: od urodzenia jesteśmy cały czas pod presją. Co jednak sprawia, że z taką ochotą akceptujemy narzucane nam czy tylko sugerowane - tak często absurdalne "pomysły na życie" ? Co sprawia, że dajmy na to, epidemia "głupich kroków" szerzy się z taką łatwością ? Nasza skłonność do zła, bezwolności, głupota, czy może nasz strach, by nie okazać się innym niż wszyscy i nie skazać się przez to na samotność? Wszystko po trochu - zdają się mówić panowie z Cyrku.
Jednak ci, którzy dają się wciągnąć w świat Monty Pythona, nie są wcale tym światem przerażeni. Dzieje się tak chyba dlatego, że Pythony w swych ludycznych widowiskach budowali swoją wspólnotę na innych zasadach niż te, które atakowały. Główną regułą w tym Pythonowym świecie był przede wszystkim... brak reguł. Często nawet brak... logiki. Nie było jej, tak w pokazywanej rzeczywistości, jak i w sposobie jej pokazywania. Skecze Pythonów nierzadko nie miały początku ani końca, nierzadko w środku numeru ktoś się pojawiał, mówił, że to głupie, źle napisane i "numer" się kończył. A same "numery"? Krotochwila sąsiadowała w nich z bluźnierstwem, gruby, dosadny, żart z subtelną aluzją do wydarzeń historycznych, absurdalny surrealistyczny wygłup z finezyjną artystyczną "reprodukcją", wariactwo z kretyństwem, szaleństwo z metodą.
Polityczna poprawność to nie było to co Pythony lubiłyby najbardziej. Miały zasadę: szargać, co się szargać dało, wyśmiać co się wyśmiać dało. A dawało się według nich wszystko...
Czasem widz oglądał Pythonów w akcji i opadały mu ręce. Mówił do siebie: nie, z tego nie powinno się śmiać. A potem jednak śmiał się. Bo śmiech wzbudzany absurdalnymi żartami Pythonów tak naprawdę nie miał nikogo ranić, miał tylko uwalniać od zadęcia i sztywniactwa. W tej sytuacji trudno się dziwić, że "Latający Cyrk Monty Pythona" z roku na rok zdobywał sobie coraz to nowe rzesze zwolenników na całym świecie, obrastając swoistym kultem. W ten sposób zresztą Pythony zrewolucjonizowały nie tylko światową rozrywkę, ale i światowe życie towarzyskie i uczuciowe. Przez lata bowiem w towarzyskich pogwarkach tak w Londynie, Nowym Jorku jak i w Warszawie - do dobrego tonu należało "lecieć Pythonami". Czyli cytować odzywki, powiedzonka, fragmenty skeczy z "Latającego Cyrku".
Ale Monty Python to nie tylko cyrkowa wspólnota wyzwalającego śmiechu. To także wspólnota niedoskonałości. Przecież najbardziej odstręczające postaci w skeczach Pythonów to te, które dążą do ideału, nie dostrzegając własnych ograniczeń. Pythony uważają, że prawdziwa wartość człowieka wypływa z jego otwartości, z umiejętności dostrzeżenia własnych słabych punktów, i autoironii wreszcie.
Fakt, że świata nie da się pewnie naprawić - dają do zrozumienia - ale może tak zacząć od siebie... Bądź więc miły dla ludzi i nie obżeraj się, poczytaj czasem dobrą książkę, idź na spacer... Ludzkości nie zbawisz, siebie pewnie też nie, ale możliwe, że choć na chwilę będzie ci dane poczucie trwania w zgodzie z samym sobą. To już coś...
Czyżby więc kpiarze, jajcarze, kuglarze, prestidigitatorzy, klauni, treserzy małp z "Latającego Cyrku Monty Pythona" po zdjęciu masek i zmyciu szminek, okazywali się moralistami? Wszystko jest możliwe. W końcu ich popisowym numerem
było salto mortale pod kopułą...
TOMASZ JOPKIEWICZ "Film", 11/1998
inne artykuły
|