Jeśli masz mózg wielkości tic-taca i lubisz głupio chichotać, pooglądaj sobie, bo mógłbyś robić coś gorszego.

     AND NOW...
     LATAJĄCY CYRK
     MONTY PYTHONA
Latający Cyrk Monty Pythona - Seria druga / Odcinek nr 18
Wejdź na Modrzew Spójrz na Wykaz Leć do Cyrku



PRZYPADKI - WYPADKI


LOKAJ Graham Chapman
MĘŻCZYZNA Eric Idle
POKOJÓWKA Carol Cleveland
OGRODNIK Terry Jones
POLICJANT Michael Palin
SIR WILLIAMS Graham Chapman
BARNES Michael Palin
BISKUP Michael Palin

[drzwi z wizytówką, na której widnieje napis "S(pół)AŁATka z (o.o.) KREWETEK"; do drzwi podchodzi lokaj z mężczyzną; lokaj otwiera drzwi i przepuszcza mężczyznę, który - cięcie - wchodzi do salonu; za nim wchodzi lokaj; w salonie znajdują się m.in. kominek, nad którym wisi lustro; obok drzwi stoi komoda z książkami; przed komodą stoliczek, na którym stoją butelki z alkoholem; na środku stoi ława, na której leżą czasopisma]

LOKAJ
Proszę tutaj zaczekać. Pan Thompson zaraz przyjdzie.

MĘŻCZYZNA
W porządku. Pięknie dziękuję.

[lokaj wychodzi; mężczyzna bierze z ławy gazetę; nagle lustro spada na podłogę rozbijając się z głośnym brzękiem; wystraszony mężczyzna odkłada gazetę i obraca się w kierunku lustra; wchodzi lokaj]

MĘŻCZYZNA
Lustro spadło ze ściany.

LOKAJ
Słucham?

MĘŻCZYZNA
Lustro spadło... ze ściany... spadło.

LOKAJ
[uprzejmie aczkolwiek z niedowierzaniem]

Rozumiem. Proszę zaczekać. Przyniosę ścierkę.

[lokaj wychodzi i zamyka drzwi za sobą; mężczyzna znowu bierze gazetę z ławy; nagle, z wielkim hukiem, przewraca się komoda z książkami przygniatając stoliczek z butelkami; mężczyzna gwałtownie odkłada gazetę na ławę i odwraca się w kierunku leżącej na podłodze komody; wchodzi lokaj i patrzy zdegustowany na przewróconą komodę]

MĘŻCZYZNA
Yyyy... przewróciła się.

LOKAJ
Tak, proszę pana?

MĘŻCZYZNA
Po prostu... przewróciła się.

LOKAJ
Doprawdy, proszę pana?

MĘŻCZYZNA
Tak. Ja... ja jej nie dotykałem.

LOKAJ
[uprzejmie aczkolwiek z ironią w głosie]

Oczywiście, sama się przewróciła.

MĘŻCZYZNA
Tak. Właśnie tak po prostu.

LOKAJ
Proszę się nie ruszać. Sprowadzę pomoc.

[wychodzi]

MĘŻCZYZNA
Tak, przewróciła się.

[wchodzi pokojówka i lustruje salon]

POKOJÓWKA
Wielki Boże! Co za bałagan! To pan tak narozrabiał?

MĘŻCZYZNA
Nie, nie. To nie moja robota. To tak samo... Samo się zrobiło.

POKOJÓWKA
Eee? Dobra...

[podnosi z podłogi sztylet i podaje mężczyźnie]

Niech pan to potrzyma. Zaraz tu posprzątam.

MĘŻCZYZNA
[oglądając sztylet]

O! Ładna rzecz. Co to takiego?

[odwraca się w kierunku pokojówki, trzymając sztylet ostrzem przed siebie]

POKOJÓWKA
[podchodzi do mężczyzny]

To brazylijski sztylet.

[potyka się i wpada na mężczyznę, nadziewając się na sztylet]

Oooh!

[martwa pokojówka osuwa się na podłogę; mężczyzna w pokrwawionych dłoniach trzyma pokrwawiony sztylet; z przerażeniem połączonym z niedowierzaniem spogląda na sztylet i na ciało pokojówki leżącej na wznak na podłodze z plamą krwi na fartuszku; wchodzi lokaj z ogrodnikiem; obaj są wyraźnie przerażeni]

MĘŻCZYZNA
Upadła prosto na... na sztylet.

OGRODNIK
[przerażony]

Tak, oczywiście. Ona nie żyje, proszę pana.

[lokaj wychodzi; ogrodnik wycofuje się aby nie znajdować się zbyt blisko mężczyzny]

MĘŻCZYZNA
Tak. Podała mi sztylet, poślizgnęła się i westchnęła - "Oooo"

OGRODNIK
[cofając się przed mężczyzną]

Tak, rozumiem.

MĘŻCZYZNA
[podchodząc bliżej do ogrodnika]

Ja tego nie...

OGRODNIK
[cofając się coraz szybciej]

No jasne. Oczywiście, że nie, proszę pana. Jak najbardziej rozumiem.

MĘŻCZYZNA
Ja naprawdę jej... ona sama...

OGRODNIK
[cofając się znalazł się przy parapecie okna]

Upadła?

MĘŻCZYZNA
[zbliżając się do ogrodnika i wyciągając ku niemu ręce]

Upadła.

OGRODNIK
[cofając się, przechyla się przez parapet; wybija plecami szyby i wypada przez okno na zewnątrz]

Aaaaaaaaaaaaa!

MĘŻCZYZNA
[parząc przez okno za spadającym ogrodnikiem]

Najmocniej przepraszam!

[wchodzi lokaj z umundurowanym policjantem; lokaj wskazuje na mężczyznę]

LOKAJ
To on.

POLICJANT
W porządku.

[podchodzi do mężczyzny]

MĘŻCZYZNA
[wystraszony i zdruzgotany sytuacją]

Witam, panie władzo. Zdarzył się wypadek. Właściwie kilka wypadków.

POLICJANT
Owszem, proszę pana.

[prawą ręką delikatnie chwyta mężczyznę za łokieć]

Proszę ze mną.

[lewą ręką chwyta się za klatkę piersiową w okolicy serca]

Aahh! Moje... moje serce. Aaaa!

[pada]

LOKAJ
[wchodząc na środek salonu]

Ty gnoju! Zapłacisz mi za to!

[żyradol odrywa się od sufitu i z hukiem, tworząc tumany kurzu, spada na lokaja, który pada przygnieciony ciężarem żyrandola]

MĘŻCZYZNA
[przerażony spogląda na pobojowisko w salonie]

Nie będę dłużej czekać.

[rusza w kierunku drzwi]

Zatelefonuję.

[zamykając drzwi od zewnątrz]

Przepraszam.

[cięcie; mężczyzna znajduje się na zewnątrz przed drzwiami; stojący obok zegar przewraca się; mężczyzna zaczyna uciekać; pękają szyby w regale; mężczyzna zbiega po schodach; w międzyczasie ze ścian spadają obrazy, upada zbroja; mężczyzna dopada drzwi wyjściowych, na chwilę zatrzymuje się i ogląda z trwogą w oczach; wychodzi i zamyka za sobą drzwi; cięcie; widok budynku, który po chwili eksploduje; przy fragmentach framugi, przed pryzmą dymiącego gruzu, stoi mężczyzna, z klamką, która wraz z fragmentem drzwi, pozostała w jego w dłoni; bezradnie rozgląda się dookoła]

Przepraszam.

[z pryzmy gruzów schodzą członkowie stowarzyszenia, nie zwracając uwagi na stojącego mężczyznę]

SIR WILLIAM
Tym razem chyba nareszcie wydostaliśmy się.

BARNES
Kapitalnie! Gdzie ta szkoła?

SIR WILLIAM
[pokazując przed siebie]

Chyba tam.

[wszyscy idą w kierunku wskazanym przez sir Williama, przechodząc obok zdezorientowanego mężczyzny; cięcie; biskup stoi na tle drzew; w dłoniach trzyma kartkę papieru]

BISKUP
[zawodząc piskliwym głosem]

Panie Belpit, nogi bardzo panu spuchły!

[nadchodzą członkowie stowarzyszenia z sir Williamem na czele i zatrzymują się przy biskupie]

SIR WILLIAM
[do biskupa]

Przepraszam czy to szkolna sala gimnastyczna?

BISKUP
Przykro mi, ale nie wiem. Nie jestem z tego skeczu. Mój pójdzie za tydzień.

[odchodzą]

Panie Belpit...

[cięcie; członkowie stowarzyszenia podchodzą pod budynek, przed którego drzwiami stoi tablica z napisem "SIEDEM NARZECZONYCH DLA SIEDMIU BRACI"]

SIR WILLIAM
Jesteśmy na miejscu.

[wchodzą do budynku; cięcie; wnętrze baru; za plastikowym stołem siedzi spiker palący papierosa na drugim planie widać bufet]

SPIKER
Sami jakoś trafili na miejsce, więc nie muszę niczego zapowiadać. A więc, ponownie łączymy się ze szkołą.
ciąg dalszy odcinka nr 18

Tłumaczenie: Tomasz Beksiński
Spisał i zHTMLizował: Ireneusz Siwek

do góry

  © 2003 Ireneusz Siwek

Strona główna Napisz do mnie Księga gości