
ŻADNYCH ŚWIĘTOŚCI
|
Popularność Pythonów w Polsce jest spóźniona, dlatego że w czasie, kiedy działali, do nas nic nie docierało. Pamiętam, że jak Jabberwocky wchodził na ekrany, kina świeciły pustkami. Film nabrał kultowego wydźwięku zaraz po stanie wojennym, kiedy znów go wyświetlano. Tłumy waliły do kina. Potem zaś,
ilekroć Iluzjon Filmoteki Narodowej miał kłopoty finansowe, puszczali parę
razy Jabberwocky i sala zawsze była pełna. Choć Monty Python to klasyczny
humor angielski, opiera się na stylu braci Marx, którzy wprowadzili do kina
totalny nonsens, szczególnie w dialogach. Pythoni z nich czerpali pełnymi
garściami, do czego, podobnie jak Woody Allen, chętnie się przyznają.
Widzę sporo podobieństw między Latającym Cyrkiem i wczesnym Woodym Allenem. "Bierz forsę i w nogi" (koniec lat 60.), to dla mnie klasyczny Monty Python.
Lubię ich za to, że żartują właściwie ze wszystkiego. Zawsze mnie bawiły
wszelkie dowcipy wymierzone w uświęcone konwencje. Od dziecka nie mogłem
zrozumieć ceremonii religijnych, państwowych, wszystko jedno jakich.
Zawieranie małżeństw, uroczystości rodzinne: "To teraz wszyscy pijemy
zdrowie wujka". Dlaczego teraz?! Chcesz pić zdrowie wujka, to pij, a ja się
będę w tym czasie drapał po dupie. Nie rozumiałem tej zbiorowej potrzeby
odprawiania ceremonii i dlatego bawią mnie wszelkie z tego kpiny. A Pythoni
są bezwzględni. Jestem absolutnie pewien, że nie istnieje dla nich żadne
tabu. Cleese powiedział kiedyś, że nie ma tematu na świecie, z którego nie
chciałby sobie natychmiast zażartować. Na przykład skecz z zakładem
pogrzebowym, gdzie pracownik proponuje klientowi zamiast pogrzebu zjedzenie
mamusi. Ten skecz powstał krótko po śmierci matki Terry'ego Jonesa, który
nie był pewien, czy to stosowne, szybko jednak uznał, że właściwie dlaczego
nie? Skecz o zjadaniu matki wywołał spore protesty i zawirowania nawet na najwyższych szczeblach w telewizji. Podobno nawet wycięto go, powtarzając
program. Nie rozumiem czemu - choć, gdyby moja matka, nie daj Boże, zmarła,
pewnie nie miałbym ochoty się śmiać.
Pythonów zawsze bawiły paniusie, na które Cleese z Chapmanem wymyślili
określenie "solniczki". Miały taki kształt, jakby rozszerzały się ku dołowi.
U nas też są takie. Wystarczy wejść do sklepu i od razu widać. Ogólnie
"muzyka" jest na jedną nutę: tu boli, tam śmierdzi, wszystko jest zawsze
źle. Babcie, które łażą po sklepach i marudzą, stały się przedmiotem
satyrycznego ataku. Ponieważ nie mogli znaleźć nikogo do odtwarzania tych
ról, sami się za te babcie przebierali. Podobno zresztą nie potrafili
napisać dobrego skeczu dla aktorki. Jeżeli pojawiała się kobieta, to na zasadzie przyprawy do zupy. Nigdy nie była główną bohaterką. Zaś Cleese i Chapman, przebrani za stare cioty, są bezkonkurencyjni. Zresztą pisali
genialne skecze o "solniczkach". Na przykład: dwie skrzeczące kwoki
rozmawiają o Sartrze. W pewnym momencie jedna mówi: "Spędziłam cztery
godziny na zakopywaniu kota" "Aż cztery godziny?" - pyta druga. "Tak. Nie
chciał leżeć spokojnie, wyrywał się i miauczał". "Więc nie był martwy?".
"Nie, ale miał kłopoty ze zdrowiem. Ponieważ wyjeżdżamy na urlop,
postanowiłam go pogrzebać, tak na wszelki wypadek".
Żeby złapać humor Pythonów, trzeba mieć dystans do wielu rzeczy, a przede wszystkim do samego siebie. Znam ludzi, którzy Monty Pythona
kompletnie nie rozumieją. To jest humor dla intelektualistów. Oczywiście, są
i tacy, co się tak zagrzebali w pracy naukowej, że żaden humor do nich nie
dociera. Podejrzewam, że geniusz, który potrafi w głowie dzielić i mnożyć
liczby jedenastocyfrowe, ale żyje w zupełnie obcym świecie i nie wie, co się
dookoła dzieje - pewnie by się z tego nie śmiał.
TOMASZ BEKSIŃSKI
Machina 9/1996 (grudzień 1996)
inne artykuły
|