Pobierz biografię w formacie RTF (większość edytorów tekstu) — biografia.rtf, ok. 127 kB
Pink Floyd: historia fenomenu
Historia grupy Pink Floyd rozpoczęła się w roku
1965, gdy trzej studenci architektury: Roger Waters, Nick Mason i Rick
Wright, zdecydowali się wspólnie zagrać. Początki nie zapowiadały,
że zespół ten (nazwany początkowo Sigma Six) stanie się kiedyś
największą grupą w dziejach muzyki. Trójka przyjaciół występowała
na studenckich imprezach po to, aby oderwać się od szarej
codzienności. Spotkanie Syda Barreta zmieniło bieg historii. To
on nadał zespołowi nazwę Pink Floyd Sound, którą potem skrócono
do Pink Floyd. W tym okresie Barret był niekwestionowanym liderem
zespołu. Zapytano go kiedyś, skąd się wzięła nazwa grupy. Barret
odpowiedział, że sięgnął w domu na półkę z płytami i wybrał na chybił
trafił dwie z nich. Następnie połączył bez zastanowienia imiona artystów
(dwóch amerykańskich bluesmanów: Pinka Andersona i Floyda Councila)
w intrygującą całość... Nie jestem pewien, czy można przyjąć takie
wyjaśnienie — w końcu skąd młodzi artyści mieliby znać nagrania rzadkich,
trudno dostępnych utworów Andersona i Councila? Tak na dobrą sprawę
nie wiadomo więc, skąd wzięła się nazwa zespołu.
Pierwszy poważniejszy koncert odbył się
w słynnym londyńskim klubie Marquee, 13 marca 1966 roku. Tam wypatrzył
ich Peter Jenner, który potem został managerem grupy (wraz z panem
nazywającym się Andrew King). Członkowie Pink Floyd chcieli wynegocjować
wyłożenie tysiąca funtów na nowy sprzęt. Udało się. Pierwszym sukcesem
Jennera i Kinga było zapewnienie zespołowi regularnej działalności
koncertowej. W tym czasie koncerty Pink Floyd zaczęły przeradzać się
w wielkie psychodeliczne widowiska. Jednym z nich był występ w starej
parowozowni — zainteresowanie nim przerosło wszelkie oczekiwania. Tak
grupa Pink Floyd stała się znana. Na razie tylko w Londynie.
Następnym krokiem było podpisanie kontraktu
z wytwórnią płytową. Po długich namysłach zdecydowano się na
EMI. Wydano wtedy na singlu utwór Arnold Layne, który po
pewnym czasie trafił na listy przebojów. Zespół mógł wejść do studia
i rozpocząć pracę nad pierwszą dużą płytą. Tak powstała The Piper
At The Gates of Dawn. Praca nad tym albumem była dla zespołu zupełnie
nowym doświadczeniem — do tej pory grali przecież tylko koncerty. Płyta ta
zapowidała późniejszy styl grupy. Grupy, która wyrosła z bluesa, a stała
się psychodelicznym fenomenem...
Wszystko układało się gładko. No, może nie
do końca. Musiano bowiem usunąć z zespołu Syda Barreta. Człowieka,
który umożliwił wydostanie się z małych, zadymionych klubów na większe
estrady. Nie była to dla pozostałych członków zespołu decyzja łatwa, ale
niestety konieczna. Barret był bowiem człowiekiem niezdyscyplinowanym,
a na dodatek wpadł po uszy w narkotyki. Jenner i King chcieli, aby
Barret pozostał. Jednak pod koniec 1967 zapadła nieodwołalna decyzja: do
Pink Floyd należy zaangażować drugiego gitarzystę. Tak do zespołu tafił
David Gilmour. Nikt nie wierzył wtedy, że bez Barreta będą w stanie coś
osiągnąć. W szczególności Jenner i King, którzy bez wahania zrzekli się
obowiązków managerów Pink Floyd i przekazali je Bryanowi Morrisowi,
dotychczasowemu agentowi grupy. Próbowali zająć się solową karierą
Syda. Niestety nic z niej nie wyszło. Możliwości kompozytorskie Syda
z powodu narkotyków zmalały niemal do zera.
Po przyjściu do grupy Glimoura wydano
A Saucerful of Secrets, drugą z kolei studyjną płytę Pink
Floyd. Płytę, która potwierdziła geniusz muzyków w operowaniu
nastrojem. Chociażby tytułowy utwór, który ma w sobie coś
z muzyki kosmicznej, jest tego dowodem. Część kompozycji to zwykłe
piosenki, jak chociażby Jugband Blues, napisany jeszcze
przez Barreta. Radzę dobrze wsłuchać się w A Saucerful of
Secrets. Warto. Nie można tego powiedzieć o kolejnym wydawnictwie,
najsłabszej płycie Pink Floyd — More. To muzyka do ponurego
filmu o perypetiach młodej Francuzki, pogrążającej się w narkotycznym
nałogu. More była nagrana w bardzo krótkim czasie, była robotą
na zlecenie. I jako taka jest po prostu słaba.
Ummagumma. Słowa tego nie ma
w żadnym słowniku świata. Co oznacza, nikt nie wie. Tak nazywa się czwarte
z kolei dokonanie Pink Floyd. Płyty tej za żadne skarby świata nie
można nazwać rockową. Jak nie rock, to co? Nie wiem. Ummagumma
(a właściwie jego część studyjna, gdyż wydawnictwo zawiera jeszcze
album koncertowy ze znanymi już utworami) jest dziwna. Nie jest
dziełem zespołowym — każdą piosenkę komponował kto inny. Te przeróżne,
dziwaczne kompozycje, po pierwszym przesłuchaniu wydają się być pozbawione
jakiegokolwiek sensu. Tylko po pierwszym przesłuchaniu... Dla mnie to
najlepsza płyta Pink Floyd tego okresu. Radzę posłuchać i nie zrażać się
na początku. To naprawdę świetny album, choć Mason w 1994 twierdził,
że była co najmniej nieudana.
Kolejnym owocem błądzenia w ciemności,
jak twierdzi Waters, był — skądinąd świetny — Atom Heart
Mother. Utwór tytułowy grany był już wcześniej pod nazwą The
Amazing Pudding. Instrumentalna kompozycja z aranżacją orkiestrową
robi wielkie wrażenie. Osobą, która nadała utworowi kształt, był Ron
Geesin, pianista, człowiek spoza Pink Floyd. Cała płyta ma właściwie
charakter poematu symfonicznego. Ciekawa jest geneza tytułu. Otóż jeden
z muzyków otworzył pierwszą lepszą gazetę. Widniał tam taki właśnie
tytuł... Nie są ważne tytuły piosenek. Równie dobrze moglibyśmy je
numerować — mówił swego czasu Wright.
Atom Heart Mother zapewniła Pink Floyd status gwiazdy. Następne
wydawnictwa tylko ugruntowały tę pozycję. Miejsce najlepszego zespołu
wszech czasów.
Minęło trochę czasu, szefowie EMI zaczęli domagać
się nowego albumu. Muzycy Pink Floyd nie mieli jednak pomysłów na nic
nowego. Zaszyli się studiu Abbey Road licząc na to, że atmosfera
zmobilizuje ich do pracy. Tak z drobnych szczątków powstał utwór
Echoes, jeden z najgenialniejszych w historii grupy. Ta ponad
dwudziestoczterominutowa kompozycja urzeka swym brzmieniem, klimatem
- wszystkim. Jedno z arcydzieł grupy, punkt wyjścia do późniejszych
kompozycji zespołu.
Kolejnym fascynującym utworem z Meddle jest One of These
Days — jeden z niewielu zagranych z wręcz hardrockową furią. Cała
płyta jest dziełem, od którego warto zacząć słuchanie tego rodzaju
muzyki.
Rok 1972 przynióśł kolejną "szybką" płytę,
Obscured by Clouds. Podobnie jak More, jest to muzyka do
filmu. Równie słaba, kilkudniowa robota. Zespół pracował w tym momencie
nad swym największym dziełem, Dark Side of The Moon. Obscured
by Clouds powstała z odrzutów.
Trzeba
wspomnieć o niesamowitym koncercie, który odbył się w tym okresie.
Grupa zagrała w starożytnym amfiteatrze w Pompejach. Pink Floyd
w Pompejach, bo tak się nazywa rejestracja tego wydarzenia, trzeba
koniecznie obejrzeć — nie ma co o nim pisać.
Dark Side of The Moon to
bez wątpienia nie tylko największe dzieło Pink Floyd, ale jedno
z największych dokonań w historii muzyki. Jest owocem wielu miesięcy
wyczerpującej pracy. Ta suita to wypowiedź na temat sensu, czy też
bezsensu istnienia. Nie można pisać o znaczeniu poszczególnych utworów,
wszystko bowiem tworzy jedną, spójną całość. Twierdzę tak mimo to,
że np. Money stał się niemal klasycznym przebojem.
W pierwszych
dniach nagrań Waters zaproponował wszystkim, znajdującym się akurat
w studiu Abbey Road, swego rodzaju psychozabawę. Każdy — nawet portier
czy sprzątaczka — zapytany był o to, co sądzi o ciemnej stronie księżyca,
o śmierci i kilku innych sprawach. Wypowiedzi te stały się inspiracją
przy tworzeniu ostateczną wersji albumu. Głównym autorem tekstów,
niepozbawionych wątków autobiograficznych, był Roger Waters. Podczas pracy
nad płytą dał — nie po raz pierwszy zresztą — dowód swej chorobliwej
ambicji, która w pełni da o sobie znać dopiero podczas realizacji
The Wall. Ciemna Strona Księżyca powstawała w czasie,
gdy wydawało się, że kwadrofonia zastąpi stereofonię — zdradza tajemnicę
doskonałego współbrzmienia efektów i muzyki Alan Parsons, realizator
dźwięku. Ta płyta to wielkie dzieło, jedno z moich ukochanych, do
których powracam często i z ogromną radością. Co ciekawe, w roku 1972
(premiera Dark Side of The Moon) krytycy nie pojęli ani jej
wielkości, ani znaczenia.
Płyta przyniosła zespołowi nie tylko radość
(na marginesie: do dziś rozeszła się w nakładzie ponad 28 milionów
egzemplarzy, a na liście bestsellerów w USA utrzymywała się do
końca lat osiemdziesiątych(sic!)), ale także zwątpienie we własne
możliwości. Powodzenie Dark Side Of The Moon przeszło wszelkie
oczekiwania i stąd obawa muzyków, czy będą jeszcze w stanie stworzyć coś
wartościowego. Długo odwlekaną sesję nagraniową zorganizowano dopiero
w styczniu 1975. Presja powodzenia poprzedniego albumu była na tyle
przytłaczająca, że żaden z muzyków nie miał ochoty do pracy. O dziwo,
wynikiem tej twórczej niemocy była wspaniała, wręcz wybitna płyta -
Wish You Were Here. Zdaniem muzyków najwspanialsza płyta Pink
Floyd. Teksty utworów są wyrazem zagubienia, bezradności i pustki
emocjonalnej. Teksty te, tak przygnębiające, stały się powodem irytacji
niektórych słuchaczy. Jeszcze jedną ciekawostą jest fakt, że w nagraniu
Have a Cigar słyszymy człowieka spoza Pink Floyd — Roya Harpera,
przyjaciela Gilmoura. Roger Waters był bowiem w tym czasie niedysponowany
głosowo, a Gilmour odmówił zaśpiewania piosenki, jego zdaniem zbyt
osobistej.
Kolejny rozdział na kartach historii Pink
Floyd otwiera płyta Animals. W tym czasie rynek muzyczny
zdominowała punkowa rewolta — wielu twórców z pokolenia Rogera Watersa
i Dave'a Gilmoura ugięło się pod jej wpływem i zakończyło działalność
artystyczną. W wypadku Pink Floyd tak się na szczęście nie stało, jednakże
muzycy nie byli już tak pewni powodzenia jak dawniej. Postanowiono
zwrócić uwagę mediów. W Niemczech wykonano wielki balon w kształcie
świni, którego zdjęcie wykorzystano potem na okładce płyty, a sam balon
na koncertach. 3 grudnia 1977 latającą świnię wypuszczono w powietrze,
w celu zrobienia odpowiedniego zdjęcia. Wzbudziła wielkie zainteresowanie,
podobnie jak płyta, która ma niepowtarzalny klimat. Ja na przykład
uwielbiam słuchać jej w nocy... Utwory są prostsze niż poprzednio,
a teksty bardzo długie i jeszcze bardziej przygnębiające niż na Wish
You Were Here. Waters ubrał ludzi w skóry zwierząt, aby wytknąć
wszystkie ich wady i słabostki. Kolejna wspaniała płyta...
Dwa tygodnie przed wydaniem Animals
grupa rozpoczęła trasę koncertową. Megalomania Rogera Watersa dała
wtedy o sobie znać w całej krasie. Blisko było do rozpadu zespołu — po
zakończeniu trasy, drogi muzyków rozeszły się. David Gilmour i Richard
Wright rozpoczęli pracę nad solowymi albumami. Waters intensywnie
pracował wtedy nad dwoma cyklami: The Wall i The Pros and
Cons of Hitch-Hiking. Gdyby nie oszustwa finansowe maklera, któremu
zespół powierzył wszystkie niemal oszczędności i które postawiły muzyków
na skraju bankructwa, być może Animals pozostałby ostatnią płytą
Pink Floyd.
Trudna sytuacja sprawiła, że podczas spotkania
całej czwórki podjęto decyzję. Zespół wznawia działalność. Jednak
Waters postawił sprawę jasno: to on będzie twórcą całego repertuaru. Ba,
powiedział, że ma wszystko gotowe i przedstawił kolegom dwa stworzone
przez siebie cykle. Wybrano The Wall ze względu na bardziej
uniwersalną wymowę.
W tym czasie konflikt między Rogerem Watersem a Dave'm
Gilmourem przerodził się w otwartą wojnę, dlatego do produkcji płyty
Waters zaangażował Boba Ezrina, który miał spory wpływ na ostateczny
kształt dzieła (jego pomysłem jest między innymi wykorzystanie brzmień
orkiestrowych). Stosunki między Watersem a Gilmourem stały się tak
napięte, że wynajęto dwa studia nagrań, aby obaj panowie mogli pracować
osobno. W pewnym momencie Waters zażądał odejścia Wrighta, jego zdaniem
mało twórczego. Był to tylko kolejny objaw jego obsesji rządzenia. Tak
się stało. Od tej pory Rick Wright grał już tylko jako muzyk sesyjny,
potem odszedł na dobre. Powrócił dopiero w 1987. Pomimo wszystkich tych
kłótni i zatargów album ukazał się w terminie wyznaczonym przez EMI.
I odniósł niesłychany sukces — pomimo swej odmienności. Sukces
porównywalny jedynie z Dark Side of The Moon, płyta rozeszła się
w nakładzie ponad dwudziestu milionów egzemplarzy.
Teksty (odsyłam do
tłumaczeń) są nawet ważniejsze od
muzyki. Opowiadają o człowieku — artyście, bardziej wrażliwemu niż
inni i przez to nie zawsze rozumianemu. Bohater, wstrząśnięty śmiercią
ojca na wojnie (wątek autobiograficzny — ojciec Watersa rzeczywiście
zginął w ten sposób), załamany brakiem kontaktu z matką, sytuacją
w szkole, odgradza się od społeczeństwa tytułowym Murem. Zwierza
się z myśli samobójczych. Bohater stopniowo pogrąża się w otchłań
szaleństwa. Wizje artysty przeradzają się w faszystowskie wiece...
Na podstawie The Wall powstały
przedstawienie teatralne i film. Spektakl był największym widowiskiem
w historii grupy. Wystawiono go tylko 29 razy i to wyłącznie w 4 miejscach
na świecie, odpowiadających warunkom Rogera Watersa. Najważniejszym
elementem spektaklu był oczywiście wysoki mur z kartonowych cegieł,
wyrastający na scenie. Po histerycznym krzyku Watersa Zburzyć mur!
konstrukcja z hukiem rozpadała się.
Idea ekranizacji zrodziła się jeszcze
przed wydaniem albumu. Z początku miał być to tylko reportaż ze
spektaklu. Reżyserii podjął się, w sumie dość przypadkowo, Alan Parker,
który zmienił koncepcję dzieła. Postanowił zrobić film aktorski, tyle, że
dialogi zastąpił muzyką. Główną rolę — Pinka — zagrał Bob Geldof. Waters
nie wyobrażał sobie co prawda, aby ktoś mógł mu odebrać tę rolę, ale
okazało się, że nie ma talentu aktorskiego. Trzeba było znaleść kogoś
innego. Padło właśnie na Geldofa, który swe zadanie wykonał znakomicie.
O wrażeniach z filmu nie napiszę — nie będę psuł efektu. Absolutnie trzeba
go zobaczyć, robi bowiem ogromne wrażenie, zapada na długo w pamięci. Ja
oglądałem go kilkanaście razy, z coraz to większym entuzjazmem.
Do pomysłu The Wall Waters wrócił
w 1990, po zburzeniu Muru Berlińskiego. Wystawił spektakl, niestety już
bez kolegów z Pink Floyd. Ich drogi rozeszły się kilka lat wcześniej,
po albumie o jakże znaczącym tytule. The Final Cut.
Podczas nagrywania The Final Cut dominacja
Watersa stała się jeszcze bardziej znacząca, aniżeli w czasie rejestracji
The Wall. Płyta, w porównaniu z poprzednimi, dość słaba (powstała
z odrzutów sesji The Wall), ale z przebłyskami geniuszu. Była
ostatnim dziełem spółki Waters — Gilmour — Mason. Ci trzej panowie
nigdy już więcej nie spotkali się w studiu ani na estradzie. Po
wydaniu The Final Cut, wszyscy muzycy zajęli się pracą nad
swymi solowymi albumami. Oddajmy głos Gilmourowi: Żaden z nas nie
ma ochoty pracować z pozostałą dwójką nad jakimkolwiek projektem,
mówił w tym czasie. Notabene, The Pros and Cons of Hitch-Hiking
Watersa oraz About Face Gilmoura są bardzo dobre.
Zwłaszcza About Face, pełna nowatorskich
pomysłów i barw, zasluguje na uwagę. Nie sprzedawała się jednak
dobrze. Być może wtedy, zrażony niepowodzeniem, Gilmour postanowaił
rektywować Pink Floyd, na sławę którego pracował dwadzieścia latś Pomógł
mu w tym — paradoksalnie — Roger Waters. Oficjalnie Pink Floyd nie został
bowiem rozwiązany. Muzyków i managera Steve'a O'Roure'a łączyła wspólna
firma — Pink Floyd Music Limited. O'Rourke teoretycznie mógł zmusić
Watersa do udziału w sesji nagraniowej, o ile zażądałaby tego pozostała
dwójka. Waters mógł uwolnić się od zobowiązań tylko zerwaniem umowy,
czyli odejściem z Pink Floyd. Tak też uczynił, nie spodziewał się bowiem,
że Gilmour i Mason będą w stanie bez niego reanimować zespół.
Stało się jednak inaczej. Pomysł albumu narodził
się wiosną 1986 w głowie Davida Gilmoura, gdy przeglądał szkice
przygotowywanych niegdyś piosenek. Zaangażował Nicka Masona i Ricka
Wrighta (na razie jako muzyka sesyjnego) oraz aż kilkunastu dodatkowych
muzyków. Mimo odejścia Watersa na A Momentary Lapse of Reason
nie brakuje klimatu, który można nazwać magią Pink Floyd... Niektórym
wydawnictwo spodobało się bardzo, nielicznym mniej. Mnie płyta
zachwyca. Jest w niej dużo stylu Pink Floyd znanego z Dark Side of
The Moon, Wish You Were Here czy Meddle.
Na wieść o wznowieniu działalności zespołu
bez niego, Waters zareagował natychmiast. Sądownie próbował odzyskać
prawa do nazwy Pink Floyd. Pewnego dnia wdarł się na pokład Astorii,
gdzie nagrywano A Momentary Lapse of Reason i zażądał od Gilmoura
sygnowania płyty swoim nazwiskiem. Oczywiście nic nie wskórał.
Watersowi nie udało się zaszkodzić zespołowi.
Co najwyżej stało się jasne, jak wiele wysiłku kosztowało Gilmoura
reaktywowanie grupy. Także ogromne powodzenie trasy koncertowej przeczyło
opiniom, że zespół bez Watersa jest nic nie wart (tak na marginesie:
do dziś istnieje "obóz" zagorzałych zwolenników watersowskiego
Pink Floyd, odrzucających wszystko, co zostało stworzone po jego
odejściu). Zarejestrowano kilka koncertów. Tak powstał Delicate
Sound of Thunder, album podsumowujący karierę zespołu i ukazujący
go w świetnej formie. Po raz pierwszy od długiego czasu obyło się bez
konfliktów. Ale niespodziewanie zespół zamilkł. Na kilka lat.
Odezwał się dopiero w 1994 roku płytą The
Division Bell, która jeszcze bardziej niż A Momentary Lapse of
Reason przypomina starsze nagrania. Gilmour zdawał sobie sprawę,
że mianowanie się niekwestionowanym liderem zespołu doprowadzi do
konfliktów. Dlatego nie popełnił błędu Watersa. Muzyka na The Division
Bell nie powstała z gotowego materiału wymyślonego przez jednego
z muzyków, ale w wyniku kilkunastotygodniowej jam-session całej trójki.
Płyta powstała w atmosferze wyjątkowej harmonii, odzyskanej po latach
konfliktów. Pomimo to, teksty zdominował problem niemożności porozumienia
się ludzi, co symbolizuje okładka — obok tej z Animals, chyba
moja ulubiona.
Zespół ruszył w kolejną trasę
koncertową. Zrezygnował tym razem z rockowego teatru, koncentrując
się na światłach. Udokumentował ją filmem i dwupłytowym albumem
PULSE. Polecam — jeszcze ciekawiej niż Delicate Sound of
Thunder przedstawia dotychczasową działalność grupy. Zwłaszcza,
że Gilmour sięgnął po barretowski Astronomy Domine z pierwszego
longplaya. Niestety, po trasie drogi Gilmoura, Masona i Wrighta
znów się rozeszły.
Niestety, Gilmour na razie wcale nie ma ochoty na nową płytę. Na razie musimy się zadowolić wydaną w marcu 2000 roku
płytą Is There Anybody Out There zawierającą nagrania z koncertów promujących The Wall z lat 1980-81. W wywiadzie przeprowadzonym on-line
z okazji właśnie tej płyty Gilmour powiedział, że na razie nie ma planów nowego longplaya czy trasy. Choć sam obecny lider zespołu nie próżnuje. W tym jakże długim czasie,
który minął od wydania The Division Bell, gitarzysta Pink Floyd wystąpił gościnnie u B. B. Kinga, zagrał na płycie McCartneya Run Devil Run (1999) jako lead guitar, a ponadto
zagrał z nim na urodzinowym koncercie ex-Beatlesa. Ale co dalej? Czy długo jeszcze będziemy musieli czekać na nowe nagrania, wreszcie, po długim czasie sygnowanymi znów nazwą Pink Floyd?
© Wojtek Michalski 1998,2000
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Informacje oparte na książce Wiesława Weissa
Szyderczy śmiech i krzyk rozpaczy (polecam),
oraz na wywiadach i informacjach z Internetu.