|
Po pierwsze: bo miał w domu wielki
zbiór płyt z muzyką rockową, co w Sanoku należało do rzadkości.
Po drugie: bo pisywał kryminały - średnio jeden na tydzień
- w których jego kumple występowali jako detektywi, gangsterzy, morderczy
hrabiowie i hitlerowscy zbrodniarze.
Po trzecie: bo zrobił klepsydrę informującą o swojej śmierci
i rozwiesił w kilkunastu miejscach Sanoka. "Fałszywka"
wstrząsnęła miastem. Kiedy mówię Beksińskiemu, że w największej
parafii ksiądz wyklinał go z ambony, uśmiecha się: - Tak? Nie
wiedziałem. Ale bardzo mi przyjemnie.
Po czwarte (wynikające trochę z trzeciego): bo przez niektórych
nauczycieli uważany był za chłopca niedorozwiniętego, którego należy
umieścić w szkole specjalnej. Przekonani byli o tym zwłaszcza:
starsza dystyngowana nauczycielka angielskiego (której zaproponował, że umieści
ją w swoim kryminale jako szefową gangu) i germanista (którego
nazywał Sturmbahnführerem Müllerem i krzyczał mu "Heil Hitler" na
powitanie).
Tomek Beksiński znany jest od lat jako prezenter radiowy. Przewinął
się przez wszystkie programy Polskiego Radia, prowadząc "Wieczór płytowy",
"Nie tylko balladę", "Na rockową nutę" czy "Romantyków
muzyki rockowej". Niewiele osób wie, że przede wszystkim tłumaczy
filmy. Do tej pory ma ich już kilkaset "na rozkładzie".
- Tłumaczenie Latającego Cyrku zajęło mi ponad dziewięć miesięcy
- mówi Beksiński. - Przerwy były konieczne. To jest taka gimnastyka mózgu,
że po pół roku człowiek nie wie, jak się nazywa.
Były odcinki łatwe, które dało się zrobić w ciągu jednego
dnia, były jednak i takie, nad którymi siedział dłużej. - Jeżeli
dowcipy są oparte na dwu- lub wieloznaczności jakiegoś słowa, które
nie ma odpowiednika w języku polskim, to musisz wymyślić własny dowcip.
Albo ci przyjdzie do głowy od razu, albo musisz nad nim podumać. Czasami i
tydzień zejdzie na dumaniu.
Niektórzy zarzucają Tomkowi, że do Latającego Cyrku
wprowadza rzeczy lub nazwy nie istniejące w oryginale, np. Jarocin.
Strasznie go to denerwuje. - Dowcip o Wąchocku dla Anglików będzie
niezrozumiały. Trzeba im podać nazwę angielskiej wiochy, która się podobnie
kojarzy. Na tej samej zasadzie musiałem pewne rzeczy przenieść na grunt
polski. - Pomysł z Jarocinem poddali mu zresztą Pythoni. Wykonując w Ameryce
w Hollywood Bowl "Komunistyczny quiz" z Leninem, Marksem i Mao
Tse-tungiem nie pytali, jak w oryginale, o zwycięzcę piosenkarskiego
Konkursu Eurowizji z 1959 roku, ale o twórczość Jerry'ego Lee
Lewisa - muzyka amerykańskiego. Amerykanów śmieszyło, że Mao się zgłasza
i wie. Beksiński pomyślał, że gdyby Pythoni przyjechali do Polski,
też by przerobili ten skecz, żeby podkreślić jego absurdalność. Wydawało
mu się zabawne, że Mao mógłby być znawcą Jarocina. Później
spolszczał jeszcze kilka dowcipów, wstawiając m.in. Gucwińskich czy swojsko
brzmiący Sulejówek.
Zanim olśnił go absurdalny humor Monty Pythona, Tomek Beksiński największą
miłością darzył Godzille, Frankensteiny, czarne koty, wampiry, a zwłaszcza
wampirzyce. Władał nim horror. Jeszcze dziś jego automatyczna sekretarka
powita was: - Tu Nosferatu.
Kiedy pytam, w jakim stopniu na jego zainteresowanie grozą wpłynęła
twórczość ojca, Tomek odpowiada: - Ojciec rozbudzał moją wyobraźnię,
ale nie tym, co robił. Wiele rozmawialiśmy, poświęcał mi dużo czasu.
W młodości trzeba mieć kogoś, kto stanie się dla ciebie
przewodnikiem. Dla mnie był to stary.
Pewnego dnia rodzice opowiadali sobie wrażenia z filmu
"Grobowiec Ligei". Tomek był wówczas na etapie Winnetou, lecz
kiedy usłyszał, że ktoś gdzieś wykopuje nieboszczkę na cmentarzu,
że ktoś się wciela w kota, że ten kot wydrapuje komuś oczy,
a potem zostaje uduszony, poczuł, że po plecach biegają mu
dreszczyki i że cholernie fajnie jest się bać. Jego pierwszym
horrorem była "Kobieta wąż" w roku 1970.
- Bałem się straszliwie. Do dziś się tego filmu boję. Jako
36-letni stary koń oglądam go ciągle oczami 11-latka i budzę się
czasami w nocy, bo mi się coś śni z udziałem bohaterki
zamienionej w węża. Muszę zapalić światło, żeby pójść do ubikacji,
a jak wracam, to boję się odwrócić plecami do ciemnego
przedpokoju, więc do pokoju wchodzę tyłem.
"Kobieta wąż" zaciążyła na życiu Tomka na wiele
sposobów. Po pierwsze, gdyby mu ktoś powiedział, że może w kosmos
zabrać tylko jeden gatunek filmowy, to wybrałby horrory. Po drugie, byłyby
to tylko gotycko- romantyczne horrory - których akcja dzieje się w wieku
XIX lub na początku XX - z pelerynami, świecznikami, cylindrami i kryptami.
Po trzecie wreszcie, z tego filmu wzięła mu się sympatia do wysokich
brunetek w typie femme fatale.
- Czasami zastanawiam się, czy nie dać do rubryki towarzyskiej
ogłoszenia, że potrzebuję kobiety, która grę wstępną zaczyna od wstawania
z trumny. Trumny jeszcze nie mam, ale poważnie myślę o tym, by zastąpić
nią łóżko. Dla tak leniwego człowieka trumna ma niewątpliwy walor:
nie trzeba jej ścielić, wystarczy zatrzasnąć wieko.
Pierwszy raz Beksiński spotkał się z Monty Pythonem przed 15 laty
w filmie "Jabberwocky". - Na fotosach - sceny z rycerzami,
więc myślałem, że to film przygodowy. Po pierwszych paru minutach
byłem rozczarowany - to nie był film przygodowy. Ale w miarę jak się
rozwijał, zacząłem załapywać, o co chodzi. Zachwyt zaczął się od sceny,
w której król woła służącego, pokazuje coś w zupie i pyta:
"Co to jest? Ktoś chciał mnie otruć!" Służący wyciąga to coś z zupy,
bierze do ust i odpowiada: "Tynk, wasza wysokość... dwunasty...
nie, jedenasty wiek".
Inne filmy poznał dzięki wideo. Znajomi przynosili mu przegrane ze Sky
Channel odcinki Latającego Cyrku, "Monty Pythona i Świętego Graala".
"Życie Briana", "Sens życia" czy występ w Hollywood
Bowl. Prosili o przetłumaczenie.
Przy przegrywaniu filmu z magnetowidu na magnetowid
puszczał dźwięk przez mikser, do którego był podłączony mikrofon i na żywo
czytał całą listę dialogową. Jak się gdzieś pomylił, to już tak musiało
zostać. Ten chałupniczy Monty Python do dziś krąży po kraju.
Monty Python wymaga nie tylko poczucia humoru, wymaga przede wszystkim
poczucia absurdu. Skecze często nie mają początku ani zakończenia, są
alogiczne i bez puenty. Rozwijają się w nieoczekiwanych kierunkach.
Często rozpoczynają się jakby od środka, by za chwilę się
skończyć, bo pojawia się ktoś i mówi, że skecz jest głupi i trzeba
go przerwać. W jednym z odcinków Eric Idle ciągle wchodzi w skecze
mówiąc, że za jednego funta gotów jest ich nie przerywać.
Latający Cyrk żywi się parodiami i oddycha absurdem. Nie każdemu się
to podoba.
"Oglądając ten film zastanawiałam się po prostu, z czego
się tu śmiać? Ten film nie reprezentuje niczego, a potocznie mówiąc
jest idiotyczny. Nie ma w sobie żadnej puenty, a całość w ogóle
nie trzyma się kupy. Rozumiem, że Anglikom może się on podobać,
ale dlaczego również i my mamy być na niego skazani? Kto wybiera te
seriale? Może w końcu telewizja zacznie się z nami liczyć! A.P.,
Żywiec" (z listu do "Gazety Telewizyjnej").
Poza tym Monty Python zasłynął z łamania tabu. Żartował z
tego, z czego inni żartować się bali: z królowej, policji, wojska,
Kościoła, norm społecznych i moralnych itp. - Zaczęliśmy pracować w show
businessie, żeby znaleźć coś tak śmiesznego, żeby nikt nie odważył się
śmiać - mówił Eric Idle. Na przykład, skecz z zakładu
pogrzebowego wywołał w Anglii takie kontrowersje, że w powtórnej
emisji cenzura kazała go wyciąć. Widzowie stale zadają sobie pytanie: Czy z tego
też się można śmiać?
"Pierwsza wojna światowa to była rzeź. Miliony ludzi straciły
życie. W ostatnio wyemitowanym Latającym Cyrku TVP uraczyła nas
niewybrednymi żartami na ten temat. Pytam się, kto ustala ten program.
B.W., Łódź" (z listu do telewizji).
Z obawy przed odrzuceniem dowcipu Monty Pythona warszawskie
wydawnictwo Alma-Press zrezygnowało z wydania Latającego Cyrku w formie
książkowej, choć przez półtora roku namawiało Beksińskiego, by opracował
teksty. Są już prawie gotowe. Może znajdzie się odważniejszy wydawca?
Beksiński uważa, że przeciętny Polak, chociaż odrzuca absurd w sztuce,
nie potrafi wyeliminować go z życia. - Mieszkaliśmy i mieszkamy
w latającym cyrku - mówi. - Teraz, po opracowaniu serialu, co dzień
zauważam, ile nas otacza sytuacji żywcem z Monty Pythona.
W Latającym Cyrku ludzie mieszkają w domach, które zbudowane
zostały przez hipnotyzera i muszą w nie wierzyć, inaczej się zawalą.
Wojskowi uważają, że mają prawo przerwać program telewizyjny, kiedy
tylko o tym zamarzą. Bezapelacyjne zwycięstwo w wyborach odnosi
Partia Głupków.
Cleese, Chapman, Idle, Palin, Jones i Gilliam kpili poza tym, a może
przede wszystkim, z telewizji. Niekompetencja prowadzących, głupota
redaktorów, pseudointelektualizm, płytkość oferty filmowej, ciężkostrawna
papka informacyjno-rozrywkowa - tematy same wpadały Pythonom w ręce.
- Najwspanialej było, kiedy widzowie mówili nam, że po naszym
programie każdy program wydawał im się niesamowicie śmieszny - wspominał
John Cleese.
Beksiński sądzi, że polska telewizja też się prosi, żeby z niej
kpić. - Wiele programów politycznych, kulturalnych, społecznych i rozrywkowych
to głupoty, które sparodiować nietrudno.
Nie wierzy jednak, byśmy doczekali się własnego Monty Pythona, nikt
bowiem nie jest w stanie się do niego zbliżyć. Pythoni to Michał
Anioł swojego gatunku. Drugiego Michała Anioła nie ma od setek lat,
dlaczego więc w ciągu zaledwie ćwierć wieku miałby pojawić się drugi
Monty Python?
- Wszystko, co w życiu robię, traktuję jak zabawę - mówi
Tomek Beksiński. A ja uświadamiam sobie, że tylko taki człowiek mógł
bezbłędnie przetłumaczyć dowcip Monty Pythona.
Andrzej Saramonowicz
"Magazyn" (cotygodniowy dodatek do "Gazety
Wyborczej") nr 49
9 grudnia 1994
zHTMLizował: J. M. Masłowski
|