Jeśli masz mózg wielkości tic-taca i lubisz głupio chichotać, pooglądaj sobie, bo mógłbyś robić coś gorszego.

     AND NOW...
     TOMASZ BEKSIŃSKI
Wspaniały tłumacz Pythonów
Wejdź na Modrzew

TOMEK "BEKSA" BEKSIŃSKI

Biografia
Python numer siedem
Błędy Beksińskiego
Kronika zapowiedzianej śmierci
Żadnych świętości


   PYTHON NUMER SIEDEM

Rok 1969, Londyn. Sześciu facetów przed trzydziestką określa się jako Monty Python i robi program telewizyjny Latający Cyrk. Nie wiedzą jeszcze, że w przyszłości świat ogarnie pythonmania.

Rok 1969, Sanok. Tomek Beksiński - 11-letni miłośnik Winnetou - zapamiętale przegląda kolejne numery "Ekranu". Kocha kino, choć jeszcze nie wie, że zostanie tłumaczem filmów.

Za to duch dziejów już wie, że tych siedmiu ludzi w jakiś sposób musi się spotkać.

Tomek jest synem Zdzisława Beksińskiego, malarza, który zasłynął jako autor obrazów równie wybitnych, co posępnych. Do 1977 roku, kiedy przenieśli się do Warszawy, Beksińscy mieszkali w Sanoku.

- Nasza rodzina była na widelcu - wspomina Tomek. - Na widelcu jest każdy, kto się wyróżnia, a w Sanoku wyróżnić się można na dwa sposoby: albo jest się niemoralną kobietą uwodzącą statecznych ojców rodzin, albo dziwakiem, np. kierownikiem domu kultury lub artystą. Mój ojciec był artystą, który w dodatku malował rzeczy dziwne. Siłą rzeczy patrzono jak na dziwaków na całą naszą rodzinę. - Beksińskich denerwowało, że są na widelcu. Ojciec miał wrażenie, że gdy idzie ulicą, pokazują go palcami. Syn do tej pory walczy o swoją prywatność - odmawia występów w telewizji i pozwala się fotografować tylko w przebraniu. Zanim jednak zaczął dbać o anonimowość, robił wiele, by anonimowym nie być. Ekstrawagancja okazała się w rodzinie Beksińskich dziedziczna i Sanok coraz częściej mówił także o synu.

Po pierwsze: bo miał w domu wielki zbiór płyt z muzyką rockową, co w Sanoku należało do rzadkości.

Po drugie: bo pisywał kryminały - średnio jeden na tydzień - w których jego kumple występowali jako detektywi, gangsterzy, morderczy hrabiowie i hitlerowscy zbrodniarze.

Po trzecie: bo zrobił klepsydrę informującą o swojej śmierci i rozwiesił w kilkunastu miejscach Sanoka. "Fałszywka" wstrząsnęła miastem. Kiedy mówię Beksińskiemu, że w największej parafii ksiądz wyklinał go z ambony, uśmiecha się: - Tak? Nie wiedziałem. Ale bardzo mi przyjemnie.

Po czwarte (wynikające trochę z trzeciego): bo przez niektórych nauczycieli uważany był za chłopca niedorozwiniętego, którego należy umieścić w szkole specjalnej. Przekonani byli o tym zwłaszcza: starsza dystyngowana nauczycielka angielskiego (której zaproponował, że umieści ją w swoim kryminale jako szefową gangu) i germanista (którego nazywał Sturmbahnführerem Müllerem i krzyczał mu "Heil Hitler" na powitanie).

Tomek Beksiński znany jest od lat jako prezenter radiowy. Przewinął się przez wszystkie programy Polskiego Radia, prowadząc "Wieczór płytowy", "Nie tylko balladę", "Na rockową nutę" czy "Romantyków muzyki rockowej". Niewiele osób wie, że przede wszystkim tłumaczy filmy. Do tej pory ma ich już kilkaset "na rozkładzie".

- Tłumaczenie Latającego Cyrku zajęło mi ponad dziewięć miesięcy - mówi Beksiński. - Przerwy były konieczne. To jest taka gimnastyka mózgu, że po pół roku człowiek nie wie, jak się nazywa.

Były odcinki łatwe, które dało się zrobić w ciągu jednego dnia, były jednak i takie, nad którymi siedział dłużej. - Jeżeli dowcipy są oparte na dwu- lub wieloznaczności jakiegoś słowa, które nie ma odpowiednika w języku polskim, to musisz wymyślić własny dowcip. Albo ci przyjdzie do głowy od razu, albo musisz nad nim podumać. Czasami i tydzień zejdzie na dumaniu.

Niektórzy zarzucają Tomkowi, że do Latającego Cyrku wprowadza rzeczy lub nazwy nie istniejące w oryginale, np. Jarocin. Strasznie go to denerwuje. - Dowcip o Wąchocku dla Anglików będzie niezrozumiały. Trzeba im podać nazwę angielskiej wiochy, która się podobnie kojarzy. Na tej samej zasadzie musiałem pewne rzeczy przenieść na grunt polski. - Pomysł z Jarocinem poddali mu zresztą Pythoni. Wykonując w Ameryce w Hollywood Bowl "Komunistyczny quiz" z Leninem, Marksem i Mao Tse-tungiem nie pytali, jak w oryginale, o zwycięzcę piosenkarskiego Konkursu Eurowizji z 1959 roku, ale o twórczość Jerry'ego Lee Lewisa - muzyka amerykańskiego. Amerykanów śmieszyło, że Mao się zgłasza i wie. Beksiński pomyślał, że gdyby Pythoni przyjechali do Polski, też by przerobili ten skecz, żeby podkreślić jego absurdalność. Wydawało mu się zabawne, że Mao mógłby być znawcą Jarocina. Później spolszczał jeszcze kilka dowcipów, wstawiając m.in. Gucwińskich czy swojsko brzmiący Sulejówek.

Zanim olśnił go absurdalny humor Monty Pythona, Tomek Beksiński największą miłością darzył Godzille, Frankensteiny, czarne koty, wampiry, a zwłaszcza wampirzyce. Władał nim horror. Jeszcze dziś jego automatyczna sekretarka powita was: - Tu Nosferatu.

Kiedy pytam, w jakim stopniu na jego zainteresowanie grozą wpłynęła twórczość ojca, Tomek odpowiada: - Ojciec rozbudzał moją wyobraźnię, ale nie tym, co robił. Wiele rozmawialiśmy, poświęcał mi dużo czasu. W młodości trzeba mieć kogoś, kto stanie się dla ciebie przewodnikiem. Dla mnie był to stary.

Pewnego dnia rodzice opowiadali sobie wrażenia z filmu "Grobowiec Ligei". Tomek był wówczas na etapie Winnetou, lecz kiedy usłyszał, że ktoś gdzieś wykopuje nieboszczkę na cmentarzu, że ktoś się wciela w kota, że ten kot wydrapuje komuś oczy, a potem zostaje uduszony, poczuł, że po plecach biegają mu dreszczyki i że cholernie fajnie jest się bać. Jego pierwszym horrorem była "Kobieta wąż" w roku 1970.

- Bałem się straszliwie. Do dziś się tego filmu boję. Jako 36-letni stary koń oglądam go ciągle oczami 11-latka i budzę się czasami w nocy, bo mi się coś śni z udziałem bohaterki zamienionej w węża. Muszę zapalić światło, żeby pójść do ubikacji, a jak wracam, to boję się odwrócić plecami do ciemnego przedpokoju, więc do pokoju wchodzę tyłem.

"Kobieta wąż" zaciążyła na życiu Tomka na wiele sposobów. Po pierwsze, gdyby mu ktoś powiedział, że może w kosmos zabrać tylko jeden gatunek filmowy, to wybrałby horrory. Po drugie, byłyby to tylko gotycko- romantyczne horrory - których akcja dzieje się w wieku XIX lub na początku XX - z pelerynami, świecznikami, cylindrami i kryptami. Po trzecie wreszcie, z tego filmu wzięła mu się sympatia do wysokich brunetek w typie femme fatale.

- Czasami zastanawiam się, czy nie dać do rubryki towarzyskiej ogłoszenia, że potrzebuję kobiety, która grę wstępną zaczyna od wstawania z trumny. Trumny jeszcze nie mam, ale poważnie myślę o tym, by zastąpić nią łóżko. Dla tak leniwego człowieka trumna ma niewątpliwy walor: nie trzeba jej ścielić, wystarczy zatrzasnąć wieko.

Pierwszy raz Beksiński spotkał się z Monty Pythonem przed 15 laty w filmie "Jabberwocky". - Na fotosach - sceny z rycerzami, więc myślałem, że to film przygodowy. Po pierwszych paru minutach byłem rozczarowany - to nie był film przygodowy. Ale w miarę jak się rozwijał, zacząłem załapywać, o co chodzi. Zachwyt zaczął się od sceny, w której król woła służącego, pokazuje coś w zupie i pyta: "Co to jest? Ktoś chciał mnie otruć!" Służący wyciąga to coś z zupy, bierze do ust i odpowiada: "Tynk, wasza wysokość... dwunasty... nie, jedenasty wiek".

Inne filmy poznał dzięki wideo. Znajomi przynosili mu przegrane ze Sky Channel odcinki Latającego Cyrku, "Monty Pythona i Świętego Graala". "Życie Briana", "Sens życia" czy występ w Hollywood Bowl. Prosili o przetłumaczenie.

Przy przegrywaniu filmu z magnetowidu na magnetowid puszczał dźwięk przez mikser, do którego był podłączony mikrofon i na żywo czytał całą listę dialogową. Jak się gdzieś pomylił, to już tak musiało zostać. Ten chałupniczy Monty Python do dziś krąży po kraju.

Monty Python wymaga nie tylko poczucia humoru, wymaga przede wszystkim poczucia absurdu. Skecze często nie mają początku ani zakończenia, są alogiczne i bez puenty. Rozwijają się w nieoczekiwanych kierunkach. Często rozpoczynają się jakby od środka, by za chwilę się skończyć, bo pojawia się ktoś i mówi, że skecz jest głupi i trzeba go przerwać. W jednym z odcinków Eric Idle ciągle wchodzi w skecze mówiąc, że za jednego funta gotów jest ich nie przerywać.

Latający Cyrk żywi się parodiami i oddycha absurdem. Nie każdemu się to podoba.

"Oglądając ten film zastanawiałam się po prostu, z czego się tu śmiać? Ten film nie reprezentuje niczego, a potocznie mówiąc jest idiotyczny. Nie ma w sobie żadnej puenty, a całość w ogóle nie trzyma się kupy. Rozumiem, że Anglikom może się on podobać, ale dlaczego również i my mamy być na niego skazani? Kto wybiera te seriale? Może w końcu telewizja zacznie się z nami liczyć! A.P., Żywiec" (z listu do "Gazety Telewizyjnej").

Poza tym Monty Python zasłynął z łamania tabu. Żartował z tego, z czego inni żartować się bali: z królowej, policji, wojska, Kościoła, norm społecznych i moralnych itp. - Zaczęliśmy pracować w show businessie, żeby znaleźć coś tak śmiesznego, żeby nikt nie odważył się śmiać - mówił Eric Idle. Na przykład, skecz z zakładu pogrzebowego wywołał w Anglii takie kontrowersje, że w powtórnej emisji cenzura kazała go wyciąć. Widzowie stale zadają sobie pytanie: Czy z tego też się można śmiać?

"Pierwsza wojna światowa to była rzeź. Miliony ludzi straciły życie. W ostatnio wyemitowanym Latającym Cyrku TVP uraczyła nas niewybrednymi żartami na ten temat. Pytam się, kto ustala ten program. B.W., Łódź" (z listu do telewizji).

Z obawy przed odrzuceniem dowcipu Monty Pythona warszawskie wydawnictwo Alma-Press zrezygnowało z wydania Latającego Cyrku w formie książkowej, choć przez półtora roku namawiało Beksińskiego, by opracował teksty. Są już prawie gotowe. Może znajdzie się odważniejszy wydawca?

Beksiński uważa, że przeciętny Polak, chociaż odrzuca absurd w sztuce, nie potrafi wyeliminować go z życia. - Mieszkaliśmy i mieszkamy w latającym cyrku - mówi. - Teraz, po opracowaniu serialu, co dzień zauważam, ile nas otacza sytuacji żywcem z Monty Pythona.

W Latającym Cyrku ludzie mieszkają w domach, które zbudowane zostały przez hipnotyzera i muszą w nie wierzyć, inaczej się zawalą. Wojskowi uważają, że mają prawo przerwać program telewizyjny, kiedy tylko o tym zamarzą. Bezapelacyjne zwycięstwo w wyborach odnosi Partia Głupków.

Cleese, Chapman, Idle, Palin, Jones i Gilliam kpili poza tym, a może przede wszystkim, z telewizji. Niekompetencja prowadzących, głupota redaktorów, pseudointelektualizm, płytkość oferty filmowej, ciężkostrawna papka informacyjno-rozrywkowa - tematy same wpadały Pythonom w ręce.

- Najwspanialej było, kiedy widzowie mówili nam, że po naszym programie każdy program wydawał im się niesamowicie śmieszny - wspominał John Cleese.

Beksiński sądzi, że polska telewizja też się prosi, żeby z niej kpić. - Wiele programów politycznych, kulturalnych, społecznych i rozrywkowych to głupoty, które sparodiować nietrudno.

Nie wierzy jednak, byśmy doczekali się własnego Monty Pythona, nikt bowiem nie jest w stanie się do niego zbliżyć. Pythoni to Michał Anioł swojego gatunku. Drugiego Michała Anioła nie ma od setek lat, dlaczego więc w ciągu zaledwie ćwierć wieku miałby pojawić się drugi Monty Python?

- Wszystko, co w życiu robię, traktuję jak zabawę - mówi Tomek Beksiński. A ja uświadamiam sobie, że tylko taki człowiek mógł bezbłędnie przetłumaczyć dowcip Monty Pythona.

Andrzej Saramonowicz

"Magazyn" (cotygodniowy dodatek do "Gazety Wyborczej") nr 49
9 grudnia 1994


zHTMLizował:  J. M. Masłowski

do góry

  ©2007-2008 J.M.Masłowski & Ireneusz Siwek

Strona główna Napisz do mnie Księga gości